niedziela, 31 stycznia 2016

"Pokój" - Emma Donoghue


Emma Donoghue

Pokój

Wydawnictwo Sonia Draga

2016 (wydanie II)

stron: 408

4+/6




Świat w czterech ścianach zamknięty


Dla niecierpliwych (tl;dr)

Powieść inspirowana prawdziwymi zdarzeniami: historią porwanej Nataschy Kampusch czy Elizabeth Fritzl, która przez ponad 20 lat była więziona przez swojego ojca, rodząc mu w tym czasie kolejne dzieci. „Pokój” to opowiedziana ustami pięcioletniego chłopca historia jego, jego mamy i Pokoju, który jest całym jego światem – innego nie zna, bo urodził się w tym więzieniu. Niezwykłość tej historii rodzi się z przyjęcia dziecięcej perspektywy – naiwności, czułości, dociekliwości z jednej strony, językowej nieporadności pełnej gramatycznych błędów, przekształcanych słów czy neologizmów z drugiej strony. Narracja w największym stopniu buduje tę powieść. Otrzymujemy historię, która naprawdę zapada gdzieś głęboko w pamięć, zostawiając w niej ślad na długo. Natomiast  niekoniecznie – a po takiej historii oczekiwalibyśmy tego – wywołuje lawinę emocji, rozdziera serce. Mimo tego i niektórych mało prawdopodobnych rozwiązań fabularnych - warto. Naprawdę warto.
 

Dla dociekliwych
Jest w tej książce coś niezwykłego. Wiedząc, co będzie jej tematem, spodziewałam się, że zmiażdży mnie emocjonalnie, że złamie mi serce, poruszy każdy  nerw. Tak, spodziewałam się, że wyleję podczas lektury morze łez. Tymczasem tak się nie stało. Natomiast po przeczytaniu powieść wdziera się gdzieś głęboko w serce i umysł, zostawiając tam mocny ślad i nie pozwalając o sobie zapomnieć.

Jest ich dwoje: dwudziestosześcioletnia Mama i pięcioletni syn Jack. Ich całym światem jest Pokój – prowizoryczne pomieszczenie o wymiarach kilka metrów na kilka, w którym są więzieni przez bezdusznego człowieka nazywanego przez nich Stary Nick. To on porwał siedem lat wcześniej i uwięził dziewczynę. Jack urodził się już w Pokoju, nie zna innego świata poza tymi czterema ścianami. A Mamie coraz trudniej utrzymać w tajemnicy istnienie tego świata poza Pokojem – chłopiec dorasta, jest ciekawski  i zadaje coraz więcej pytań. Tymczasem przez te kilka lat Mama, chcąc oszczędzić synowi bolesnych faktów na temat ich sytuacji, ukrywała prawdę na ten temat, na temat świata, ludzi. Piąte urodziny Jacka to pretekst nie tylko do rozpoczęcia odkłamywania rzeczywistości, tym bardziej że Pokój robi się coraz bardziej ciasny dla tej dwójki.

Historię syna i jego matki poznajemy z ciekawego punktu widzenia – z perspektywy pięcioletniego chłopca. To on jest narratorem w tej powieści. Być może dlatego, jeśli byłam wstrząśnięta, to tylko pozaksiążkowo, bo przez cały czas byłam świadoma tej prawdy, która nie została dana chłopcu. Dla Jacka rzeczywistość Pokoju to oczywistość, żadnej innej rzeczywistości nie zna, nie ma w ogóle pojęcia, że może być inaczej, że można żyć inaczej. Nie boli go, że nie jeździ na rowerze, że nie bawi się z innymi dziećmi, że nie buduje zamków z piasku, że nie zajada się lodami – nie ma pojęcia, że tak można. Dlatego w jego opowieści nie ma ani rozpaczy, ani nawet smutku, żadnego przerażenia z powodu strasznej sytuacji, w jakiej się znajdują matka z synem. To przerażenie rodzi się w nas, bo my wiemy to, o czym pojęcia nie ma chłopiec.




Dostaniemy tutaj raczej dobrze, wiarygodnie przez autorkę oddane dziecięce spojrzenie na rzeczywistość: językowa nieporadność, niegramatyczność wypowiedzi, wymyślanie własnych słów z jednej strony, z drugiej natomiast dociekliwość i naiwności. Użyłam słowa raczej, gdyż w kilku momentach zdarzyło się, że autorka włożyła w usta chłopca słowa, których znajomość w tym wieku jest raczej nieprawdopodobna – a mamy do czynienia z chłopcem, któremu czasem brakuje słów na nazwanie naprawdę podstawowych rzeczy. Jest to pewna niekonsekwencja, która jednak niespecjalnie zaburza całościowe spojrzenie na opowieść.

Dla Jacka Pokój i Mama to cały jego świat. I odwrotnie – dla kobiety Jack i Pokój to cały jej świat.  Tylko ona nosi w sobie pamięć swojego życia sprzed Pokoju. Gdyby nie pojawienie się Jacka pewnie dawno oszalałaby. Pojawienie się chłopca dało jej siły do przetrwania. Każdy kolejny dzień to walka o zapewnienie chłopcu godnego (prze)życia, o zapewnienie jakiejś namiastki normalności w tym nienormalnym położeniu. W tym sensie powieść jest pięknym świadectwem matczynej miłości, oddania i poświęcenia. Takiego bez granic.

piątek, 22 stycznia 2016

"Ja nie jestem Miriam" - Majgull Axelsson


Majgull Axelsson

Ja nie jestem Miriam

Wydawnictwo W.A.B.

2015

stron: 480

5/6



W więzieniu własnej pamięci

Dla niecierpliwych (tl;dr)
Wszystko zaczyna się od zupełnie przypadkowego wyznania: Ja nie jestem Miriam, które pada z ust 85-letniej bohaterki. To spowoduje, że pod naciskiem wnuczki staruszka zdecyduje się otworzyć przed nią serce i mierząc się z demonami przeszłości, zdradzić sekret tak skrzętnie ukrywany przed światem przez kilkadziesiąt lat. Przywołując bolesne wspomnienia, będzie snuć opowieść o swoich wojennych i powojennych doświadczeniach: o Auschwitz, Ravensbrück, o bliskich, których straciła w dramatycznym okolicznościach. O tym, jak stała się tym, kim jest. Będzie to przede wszystkim przejmująca opowieść o niemocy zapomnienia, o walce z widmami przeszłości, o strachu i wstydzie – jakie główna bohaterka nosiła w sobie przez całe niemal życie: każdego dnia, miesiąca, roku. Mocna, kipiąca od emocji, ale nieuderzająca w tkliwe tony proza. Warto.


Dla dociekliwych
Majgull Axelsson – ta pisarka stała się już specjalistką od wygrzebywania ze zbiorowej niepamięci Szwedów tematów nader nieprzyjemnych i niewygodnych dla jej rodaków. Jej powieści są bowiem niczym wyrzut sumienia, a sama Axelsson jest głosem sumienia, który przypomina w swoich książkach o takich niechlubnych kartach z historii swego narodu, o których nie powinno się nigdy zapomnieć, choć pewnie chciałoby się bardzo. Nie inaczej jest w przypadku powieści „Ja nie jestem Miriam”, dla której punktem wyjścia było obowiązujące aż do 1954 roku prawo zakazujące romskiej społeczności imigracji na tereny Szwecji. W stosunku do tej grupy Szwedzi byli wyjątkowo nietolerancyjni i w ich postawie dominowało przede wszystkim pełne uprzedzeń spojrzenie rasistowskie. Romowie, którzy jednak żyli w Szwecji, nie mieli lekko, bo żyli w ciągłym zagrożeniu prześladowaniami. 10 lat po pogromie ludności żydowskiej, który do historii przeszedł pod nazwą nocy kryształowej, w roku 1948 na ulicę spokojnej szwedzkiej miejscowości Jönköping wylegli mieszkańcy, by dokonać pacyfikacji miejscowego obozu cygańskiego. To był ten kontekst historyczny i społeczny, który kazał pisarce pochylić się nad tematem, czyniąc zeń problem swojej najnowszej powieści i ubierając go w kostium fikcji literackiej.

wtorek, 19 stycznia 2016

"13 pięter" - Filip Springer


Filip Springer

13 pięter

Wydawnictwo Czarne

2015

e-book

5/6



Szukając szklanych domów

Dla niecierpliwych (tl;dr)


To nie jest przyjemna lektura. Jej zdolność do podnoszenia ciśnienia i poziomu irytacji można przyrównać tylko do umiejętności niektórych polskich polityków. Kolejny raz dziennikarz z  zupełnie niereportażowego - wydawałoby się - tematu czyni rzecz interesującą.  Oprowadzając czytelników po kolejnych kręgach mieszkaniowego piekiełka, uzmysławia, z jakimi problemami socjalnymi zmagali się mieszkańcy Warszawy w międzywojniu, a z jakimi zmagają się Polacy niemal wiek później. Nie zestawia ze sobą tych dwóch okresów na zasadzie kontrastu, jakby się mogło zdawać. Wręcz przeciwnie – daje szansę przejrzeć się teraźniejszości w lustrze przeszłości. Wnioski z tego oglądu smutne. O przeludnionej, brudnej, biednej Warszawie międzywojnia z koszmarnymi przytułkami i schroniskami. I o współczesnej dorosłości definiowanej przez wysokość miesięcznej raty kredytu mieszkaniowego.  I o systemie, który zawodzi lub najzwyczajniej ma gdzieś zwykłego zjadacza chleba. Bardzo dobra lektura, po której robi się bardzo niemiło – eufemistycznie rzecz ujmując.



Dla dociekliwych 

Ależ mi ten reportaż podniósł ciśnienie! I nie dlatego, że taki zły. Nic z tych rzeczy! Złość wynika raczej z przykrych konkluzji płynących z lektury książki. Z bezradności. I jeśli sam reporter w czasie pisania zapowiadał, że powstanie tekst pełen wkurwienia – nie przesadzał. I niestety – stan ten udziela się też czytelnikom. I długo nie odpuszcza. Zamykamy książkę (ewentualnie wyłączamy czytnik) z uczuciem irytacji na otaczającą rzeczywistość, a zwłaszcza system, który determinuje nasze życie, a na który mamy nikły wpływ (zakładając, że w ogóle mamy).

Z pozoru nudnego tematu – bo cóż może być fascynującego w reportażu dotyczącym budownictwa i mieszkalnictwa w Polsce – czyni rzecz naprawdę porywającą, od której trudno się oderwać. Być może dlatego, że jednak ten nudny pozornie temat – jak koszula bliski jest każdemu człowiekowi. I uwiera.

środa, 13 stycznia 2016

„Dziewczyny, które zabiły Chloe” – Alex Marwood




Alex Marwood

Dziewczyny, które zabiły Chloe

Wydawnictwo Albatros

2015

e-book

5/6



W pułapce przeszłości

Dla niecierpliwych tl;dr

Latem 1986 roku na chwilę przecinają się ścieżki dwóch jedenastolatek, które pochodzą z różnych warstw społecznych. Jedna to znudzona życiem córka zamożnych rodziców, druga pochodzi z objętej pomocą społeczną rodziny. Na ich ścieżkę wkracza też czteroletnia Chloe – o morderstwo której obie zostają oskarżone i za nie skazane. 25 lat później spotkają się w  nieciekawych okolicznościach (morderstwa w tle). Niebezpieczeństwo czyha nad każdą z nich, a kiedy tajemnice z przeszłości ujrzą światło dzienne – cały ich świat runie niczym domek z kart. Marwood daje nam powieść, która toczy się dwutorowo: współczesność przeplatana jest ewokacjami przeszłości. Dwie te warstwy autorka przeplata ze sobą tak, by pozostawiać widza z uczuciami i niepokoju, i  coraz liczniejszymi wątpliwościami, zręcznie manipulując czytelnikiem. Mroczny klimat, gęstniejąca atmosfera, poczucie zagrożenia i osaczenia czynią z powieści świetny thriller z wiarygodnie i realistycznie pod względem psychologicznym nakreślonymi portretami kobiecymi. Historia z dużym filmowym potencjałem. 


Dla dociekliwych

Jeden zwyczajny letni dzień zmienił życie tych dwóch, znających się ledwie od kilku godzin jedenastolatek na zawsze. Jade i Bel różnią się od siebie całkowicie. Ta pierwsza pochodzi z ubogiej, objętej pomocą społeczną rodziny. Ciągle głodna, źle ubrana, zaniedbana jak kwiat do kożucha pasuje do Bel – pochodzącej z zamożnej rodziny zarozumiałej i zmanierowanej dziewczyny. Jednak któregoś dnia ich ścieżki na chwilę się przecinają. I na chwilę na tę ścieżkę wkracza czteroletnia Chloe. Jeszcze wieczorem nastolatki zostają oskarżone o morderstwo czterolatki i od razu przez społeczeństwo zostają napiętnowane jako bezduszne monstra. Od tej chwili ich życie to piekło. Każda potulnie przyjmuje wyrok, nie broniąc się, nie protestując. To pierwsza płaszczyzna powieści – której echo wybrzmiewa już w samym tytule. W ewokacjach przeszłości autorka dawkować nam będzie informacje z tego fatalnego lata  1986 roku, zręcznie zresztą wodząc za nos nas – czytelników. Ciekawość tego, co naprawdę zdarzyło się tego dnia, narastać będzie z odsłonięciem każdego kolejnego puzzla tej układanki. Z każdą odsłoną mnożyć się będą jednak wątpliwości. Marwood sztuka manipulacji naprawdę wychodzi znakomicie (może to kwestia dziennikarskiego warsztatu autorki). Udaje się jej zasiać nie tylko ziarno niepokoju, ale  też wspomnianych wątpliwości. Marwood funduje nam takie rozwiązanie, które z jeden strony zaskakuje, z drugiej każe zupełnie inaczej spojrzeć na historię współczesną, zweryfikować ogląd sytuacji. Ale to dopiero po odsłonięciu wszystkich kart.

niedziela, 10 stycznia 2016

„Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” – Swietłana Aleksijewicz




Swietłana Aleksijewicz

Wojna nie ma w sobie nic z kobiety

Wydawnictwo Czarne

2015

e-book

6/6




To nie jest kobieca sprawa – nienawidzić i zabijać


 Dla niecierpliwych (tl;dr)

Aleksijewicz daje nam porażający obraz wojennej rzeczywistości. Oddaje głos setkom kobiet, weterankom II wojny światowej, które dzielą się swoimi bolesnymi wspomnieniami. Historie opowiadają sanitariuszki, lekarki, ale też zwykłe żołnierki: czołgistki, saperki, szeregowcy. Przez lata ich wojna była zupełnie zapominania, wyrzucona na śmietnik historii. Wojna to w końcu rzecz męska. Aleksijewicz, oddając głos tym wcześniej niewysłuchanym, kreśli zupełnie nowy obraz wojny, wojny widzianej oczyma kobiety: porażający, wstrząsający, nieoderwany od biologii czy fizjologii. Straszny. Mocny, bezkompromisowy reportaż, który przyjdzie czytelnikom odchorować.

Straszne są wspomnienia, ale nie wspominać - to jeszcze straszniejsze.  *

 

Sanitariuszka ratująca rannego żołnierza, 1943. Źródło za: Wysokie Obcasy



Dla dociekliwych

Jej celem było napisać taką książkę o wojnie, żeby niedobrze robiło się na myśl o niej, żeby sama ta myśl była wstrętna. Szalona.  Interesowały ją jednak głosy tych, które przez lata pozostawały w cieniu, na śmietniku historii, którym odebrano prawo mówienia o swoich wojennych przeżyciach. Wojna to przecież męska rzecz. Kilka lat zebrało jej zbieranie materiału – najpierw poszukiwania, namawianie do samych wspomnień, przełamywanie barier, potem wysłuchiwanie setek opowieści setek kobiet wojennych, z których każda daje obraz odrębnego doświadczenia, porażającego i bolesnego. Wielka historia przez opowieść zwykłego, nieznaczącego człowieka - świadka i uczestnika – to noblistka czyni przedmiotem literatury. I z takiego podejścia powstaje rzecz bezkompromisowa, niezwykle mocna i  wstrząsająca. Trudno oddawać słowami emocje, jakie towarzyszą w czasie lektury reportażu – dość powiedzieć, że ja te wspomnienia odchorowałam koszmarnymi snami. Cóż sny – gdy koszmar jest rzeczywistością, dzień po dniu, przez kilka lat, przez całe życie…

środa, 6 stycznia 2016

"Dygot" - Jakub Małecki




Jakub Małecki

Dygot

Sine Qua Non

2015

e-book

6/6



Życie to jeden ***  wielki dygot

Dla niecierpliwych (tl;dr)

Na wstępie muszę zaznaczyć: to dla mnie jedno z największych literackich zaskoczeń ubiegłego roku: wielkie pozytywne zaskoczenie i  jednocześnie moje pierwsze spotkanie z tym autorem. Obiecujące spotkanie. Małecki kreśli nam niezwykłą sagę rodzinną. Dzieje dwóch rodzin splata ze sobą w piękny sposób i opisuje od czasów przedwojennych, przez II wojnę światową, czasy ponurego PRL-u do współczesności. Nad historią dominują losy dwojga odmieńców: chłopaka albinosa i poparzonej dziewczyny, dlatego to w dużej mierze powieść o inności, wykluczeniu, ale też o tym, co determinuje życie człowieka, o ludzkiej egzystencji w ogóle.  Powieść czarująca słowem, jej język jest też magicznym, poetyckim narzędziem w kreowaniu świata. Bardzo klimatyczna, hipnotyzująca, swoista mieszanka realizmu i magii, wymyka się jednoznacznemu odczytaniu i prostym klasyfikacjom. Naprawdę wyjątkowa. 



Dla dociekliwych

Wiara w magiczną moc języka i jej siłę sprawczą obecna jest chyba do dziś (kto nigdy nie odpukiwał w niemalowane drewno czy nie wypluwał danego słowa?). Za zaklęciami, życzeniami, przekleństwami kryje się przecież ufność, że za pomocą słowa człowiek zdolny jest kreować nową rzeczywistości. Kiedyś ta wiara była jeszcze silniejsza. Dlaczego o tym wspominam? Bo to słowa i wiara w ich moc sprawczą stanowi punkt wyjścia do historii skreślonej przez Jakuba Małeckiego. A zaczyna się tak:

poniedziałek, 4 stycznia 2016

"Mała zagłada" - Anna Janko




Anna Janko

Mała zagłada

Wydawnictwo Literackie

2015

stron: 264

6/6




Gdy wojna nie umiera, a rany się nie zabliźniają
Dla niecierpliwych (tl:dr)

„Mała zagłada”  w przejmującej formie intymnej narracji podejmuje temat doświadczenia II wojny światowej. Doświadczenia przefiltrowanego przez emocje konkretnej osoby – ocalałej z pacyfikacji małej wsi na Zamojszczyźnie Tereni. Jako dziecko była ona świadkiem pogromu swojej wsi i mordu dokonanego na rodzicach, sąsiadach, bliskich.  Jednocześnie „Mała zagłada” opisuje doświadczenia wojennej traumy obecnego w tym drugim pokoleniu, potomków ocalałych, którzy podobnie jak rodzice zmagają się z  genetycznym strachem, obrazami śmierci i pożogi. Opowieść kipiąca od emocji, napisana mocnym i pięknym jednocześnie językiem – ból, cierpienie, smutek, bezradność wypływają z każdym zdaniem. Wstrząsająca i mocna, ale zdecydowanie lektura obowiązkowa.

Dla dociekliwych

1 czerwca 1943 roku do małej wioski Sochy na Zamojszczyźnie wkraczają oddziały niemieckiego wojska, dokonując rzezi mieszkańców. To akt zemsty za rzekomą pomoc udzielaną przez mieszkańców partyzantom. W ciągu kilku zaledwie godzin wieś liczącą osiemdziesiąt osiem domów przestaje istnieć. Domostwa spalono, mieszkańców rozstrzelano. Niemal 200 osób straciło tego dnia życie. Ocaleli nieliczni. Wśród nich dziewięcioletnia wówczas Terenia Ferenc – matka Anny Janko. Terenia Ferenc była tego dnia świadkiem masakry, jakiej niemieccy żołnierze dokonali na bezbronnych i niewinnych mieszkańcach wsi. Patrzyła, jak hitlerowcy zabijają jej ojca i matkę.


Zniszczona wieś Sochy, czerwiec 1943. Źródło: Wikimedia
To wydarzenie jest punktem wyjściem dla „Małej zagłady”. Nie jest to jednak jeszcze jednak tragiczna i przejmująca historia rodzinna, która zrodziła się w wyniku przeżyć związanych z II wojną światową. To znaczy – jest i tym, ale jest też czymś więcej.

„Mała zagłada” jest książką, która praktycznie pozbawiona jest fabuły, nie ma tu klasycznego ciągu wydarzeń połączonych nicią przyczyna-skutek. Jest to raczej monolog wewnętrzny (bardzo przejmujący)  narratorki – Anny Janko, czasem zapis rozmowy córki z matką. Bardzo to osobiste, intymne z jednej strony, ale z drugiej ma wymiar niezwykle uniwersalny.

sobota, 2 stycznia 2016

„Stryjeńska. Diabli nadali” - Angelika Kuźniak


Angelika Kuźniak

Stryjeńska. Diabli nadali

Wydawnictwo Czarne

2015

stron: 344

5/6




Stryjeńska byłaby zadowolona, że psiakrew!

Dla niecierpliwych (tl;dr)  

Marzanna z teki "Bożki słowiańskie"
Angelika Kuźniak stworzyła niezwykłą, barwną, ciepłą i miejscami dowcipną opowieść o absolutnie nietuzinkowej malarce. Stryjeńska – dziś chyba  zapomniana – swego czasu była największą polską artystką, która całe swoje życie podporządkowała sztuce właśnie. Kuźniak w naprawdę udany sposób w swojej najnowszej książce przywraca Stryjeńskiej zasłużone miejsce w zbiorowej świadomości. Autorka przeplata swoją opowieść licznymi zapiskami pozostawionymi przez Zochę, a notatki te są niesamowitym przykładem elokwencji, poczucia humoru (też czarnego) i  dystansu do siebie, świata i innych. Zocha Angeliki Kuźniak to postać absolutnie wyjątkowa, a przy tym ciągle człowiek z krwi i kości, kobieta niejednoznaczna i wymykająca się prostym ocenom.  Godne polecenia nie tylko dla zainteresowanych historią sztuką.



Dla dociekliwych

Staremu nudziarzowi o sobie pisać zabraniam – pisze Stryjeńska w liście do swojej siostry pod koniec życia. I wcale się temu nie dziwię, bo z postawionych po niej licznych zapisków, listów, pamiętników, notatek – wyłania się postać tak nietuzinkowa, barwna i ciekawa, że naprawdę zasługuje na biografię najwyższej próby.  Na szczęście próby tej podjęła się Angelika Kuźniak, znana między innymi z opowieści o Papuszy czy Marlenie Dietrich, którymi to udowodniła, że potrafi o swoich bohaterkach pisać tak, że na nowo w ich żyłach zaczyna pulsować.

Urodziłam się u zbiegu dwóch epok. Za późno, aby tańczyć kankana, za wcześnie, alby podziwiać rozbicie atomu. Oscyluję więc krańcowo między przepaścią a nadzieją – te słowa Stryjeńskiej są bardzo trafnym komentarzem do życiorysu, jaki wyłania się z kart opowieści o malarce. Kuźniak bardzo często swoją narrację podpiera zresztą obszernymi cytatami będącymi zapiskami samej Stryjeńskiej  - chwała jej za to, bo styl malarki pełen jest takiej swady,  ironii, dowcipu, a często czarnego humoru, że nie sposób o uśmiech na twarzy nawet wtedy, gdy pisze ona o rzeczach naprawdę smutnych. Autorce udało się z tego naprawdę obfitego materiału źródłowego wybrać to, co istotne, co wartościowe, co najpełniej charakteryzuje Stryjeńską i najpełniej oddaje  jej osobowość - artystki, matki,  żony, córki, kochanki. A portret to niejednoznaczny. Udało się jednak Angelice Kuźniak z tych licznych notatek osobistych stworzyć płynną, ciekawą, barwną i pełną energii opowieść.

piątek, 1 stycznia 2016

Najlepsze z najlepszych, czyli książki 2015 (cz. II)

Podsumowań literackich ciąg dalszy. W poprzednim poście przedstawiłam najciekawsze, moim zdaniem, publikacje z zakresu polskiej i obcej literatury pięknej. W drugiej części natomiast prezentuję najlepsze z najlepszych w dwóch innych kategoriach: literatura non-fiction i sensacja/kryminał. Zapraszam do lektury. :)


 


LITERATURA NON-FICTION


Wojciech Jagielski, Wszystkie wojny Lary  
Reportaż Wojciecha Jagielskiego to moim zdaniem najlepsza książką z gatunku non-fiction ubiegłego roku. Przejmująca historia matki, która ze wszystkich sił próbuje uchronić swoich synów od wojny. Niby historia dość kameralna, intymna, ale nie sposób nie odczytywać jej w szerszym i bardzo aktualnym kontekście. Słowa klucze do tego kontekstu: uchodźcy, islam, dżihad, mudżahedini, terroryzm, wojna w Syrii. Reportaż dał mi kilka odpowiedzi na istotne z punktu widzenia współczesnych problemów świata pytania: przede wszystkim otworzył oczy na przyczyny radykalizowania się muzułmańskich emigrantów w krajach europejskich. Z drugiej strony to książka jest po prostu wzruszającym świadectwem matczynej miłości i poświęcenia. Ważny i niezwykle aktualny reportaż.




Marcin Kącki, Białystok. Biała siła, czarna pamięć 

Co może być ciekawego w reportażu o Białymstoku? No właśnie, sięgnęłam po tę książkę zachęcona pozytywnymi opiniami, jakich mnóstwo, ale raczej nastawiłam się sceptycznie. Przeczytałam w jeden dzień. To reportaż o podlaskim mieście, które skutecznie wymazuje pamięć o swojej przeszłości (tej żydowskiej zwłaszcza), mieście zanurzonym w ksenofobii i rasizmie. To rzecz naprawdę mocna i bezkompromisowa – sądzę, że zdolna podzielić Polaków, sądzę, że wielu Polakom może się nie spodobać taki  portret (podpowiedź: pewnie tym samym, którzy opluwają filmy typu „Ida”). Ale to bardzo aktualny tekst, bo obraz tego miasta odsłania polskie uprzedzenia i lęki. Niby rzecz o Białymstoku, ale obraz Białegostoku to w dużej mierze obraz innych polskich miast. 



Dariusz Rosiak, Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan  
Rosiak zabiera nas w miejsca będące kolebką chrześcijaństwa. Podróżujemy z nim do Turcji, Libanu, Egiptu czy Izraela, śladami Piotra, Pawła, innych apostołów,  by przekonać się, że to, co kiedyś było bijącym źródłem chrześcijaństwa, obecnie znika, jest wypierane. Ta reporterska podróż i w czasie, i w przestrzeni przynosi nam obraz licznych wędrówek ludów, konfliktów politycznych i religijnych. Niezwykle dociekliwy i wnikliwy portret pokazujący zróżnicowanie i osobliwości w różnych odłamach chrześcijaństwa: inną obrzędowość i tradycję. Dariusz Rosiak jest wybornym przewodnikiem po tym chrześcijańskim kiedyś i dziś, po różnych miejscach i różnym czasie.  Rzecz naprawdę godna uwagi.