wtorek, 19 stycznia 2016

"13 pięter" - Filip Springer


Filip Springer

13 pięter

Wydawnictwo Czarne

2015

e-book

5/6



Szukając szklanych domów

Dla niecierpliwych (tl;dr)


To nie jest przyjemna lektura. Jej zdolność do podnoszenia ciśnienia i poziomu irytacji można przyrównać tylko do umiejętności niektórych polskich polityków. Kolejny raz dziennikarz z  zupełnie niereportażowego - wydawałoby się - tematu czyni rzecz interesującą.  Oprowadzając czytelników po kolejnych kręgach mieszkaniowego piekiełka, uzmysławia, z jakimi problemami socjalnymi zmagali się mieszkańcy Warszawy w międzywojniu, a z jakimi zmagają się Polacy niemal wiek później. Nie zestawia ze sobą tych dwóch okresów na zasadzie kontrastu, jakby się mogło zdawać. Wręcz przeciwnie – daje szansę przejrzeć się teraźniejszości w lustrze przeszłości. Wnioski z tego oglądu smutne. O przeludnionej, brudnej, biednej Warszawie międzywojnia z koszmarnymi przytułkami i schroniskami. I o współczesnej dorosłości definiowanej przez wysokość miesięcznej raty kredytu mieszkaniowego.  I o systemie, który zawodzi lub najzwyczajniej ma gdzieś zwykłego zjadacza chleba. Bardzo dobra lektura, po której robi się bardzo niemiło – eufemistycznie rzecz ujmując.



Dla dociekliwych 

Ależ mi ten reportaż podniósł ciśnienie! I nie dlatego, że taki zły. Nic z tych rzeczy! Złość wynika raczej z przykrych konkluzji płynących z lektury książki. Z bezradności. I jeśli sam reporter w czasie pisania zapowiadał, że powstanie tekst pełen wkurwienia – nie przesadzał. I niestety – stan ten udziela się też czytelnikom. I długo nie odpuszcza. Zamykamy książkę (ewentualnie wyłączamy czytnik) z uczuciem irytacji na otaczającą rzeczywistość, a zwłaszcza system, który determinuje nasze życie, a na który mamy nikły wpływ (zakładając, że w ogóle mamy).

Z pozoru nudnego tematu – bo cóż może być fascynującego w reportażu dotyczącym budownictwa i mieszkalnictwa w Polsce – czyni rzecz naprawdę porywającą, od której trudno się oderwać. Być może dlatego, że jednak ten nudny pozornie temat – jak koszula bliski jest każdemu człowiekowi. I uwiera.

Lustro. Ta pierwsza część reportażu ma wymiar historyczny. Springer kreśli tutaj problemy mieszkaniowe warszawian w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Jakie problemy? - mógłby zapytać ktoś, komu czas ten znany jest z filmu czy literatury. I nosi w sobie wyobrażenie Warszawy jako Paryża Północy czy Perły Północy – pięknych widoków, hipnotyzującego czaru. I taką też była, ale była też miastem biedoty, bezdomności, miastem borykającym się z licznymi problemami natury społecznej. Takiej stolicy nie widać na filmie „Warszawa 1935”, który jest przecież odwzorowaniem wyglądu miasta z międzywojnia. Przy okazji kreślenia problemów mieszkaniowych warszawskiej ludności dokonał więc Springer dekonstrukcji tej legendy związanej z Warszawą, jaką znamy z różnych tekstów kultury - miasta licznych kabaretów, teatrów, kawiarni, dansingów. Bujnego życia towarzyskiego. A to ponoć ledwie dwa procent całego obrazu. Tej piękniejszej jego części. Gdzie reszta? Zaczyna się od licznych informacji, statystyk zaczerpniętych z prasy tamtego okresu: codziennie donoszono o kolejnych samobójstwach mieszkańców miasta. Powód – nad wyraz często związany z problemami natury bytowej, konkretnie: widmo eksmisji. Włos się jeży na głowie w ogóle, gdy czyta się o warunkach, w jakich przyszło żyć ludności miasta, tej biedniejszej, robotniczej, dla której codziennością była po prostu wegetacja. Żeby dać wyraz grozie tych historii, o których pisze dziennikarz: wyobraźcie sobie mieszkanie trzy metry na dwa metry i na tej przestrzeni żyjącą rodzinę: babkę, syna, wnuczka, małżeństwo z trojgiem dzieci. Dużo, prawda? Dodajcie im jeszcze dwóch sublokatorów. Teraz mamy komplet.  Biedota mieszka ciasno. Bardzo. Schroniska, noclegownie, przytułki dla bezdomnych przedstawiają sobą obraz nędzy i rozpaczy, nie bez powodu przyrównywane są do kolejnych kręgów piekła. I choć pojawiło się kilku idealistów, którzy podejmowali się licznych inicjatyw na rzecz zapewnienia tej biedniejszej części warszawiaków mieszkań na odpowiednim poziomie, nie udało się im osiągnąć wiele. Ich trud walki o mieszkania robotnicze w tym czasie może być w gruncie rzeczy niezauważalny. Często bowiem klucze do  mieszkań wybudowanych z myślą o robotnikach, trafiały do rąk tych, którzy mogli wykazać się większą zasobnością portfela. System międzywojnia nie dał rady uporać się z jedną z najważniejszych kwestii – z potrzebą  zadomowienia. Kolejne dramatyczne historie mieszkańców stolicy są tego doskonałym, choć zatrważającym, obrazem. W tym sensie współczesność może się w dwudziestoleciu przejrzeć jak w lustrze. Jak w zwierciadle odbija się tam ta sama niemożność znalezienie systemowego rozwiązania dla problemu mieszkalnictwa. Tak, by dom był dla każdego prawem, a nie przywilejem. Ponieważ problem mieszkalnictwa wymaga rozwiązań systemowych, myślenia strategicznego w długiej perspektywie, wydaje się być mało interesujący dla samych elit rządzących: politycy zdają się myśleć w perspektywie co najwyżej czteroletniej. Człowiek wobec systemu jest bezradny. Jak przerażające są opowieści o problemach socjalnych międzywojnia, tak ponury jest obraz współczesności. A kolejne piętra, po których oprowadza nas Springer, to kolejne obrazki pokazujące niewydolność systemu z jednej strony, bezradność zwykłego zjadacza chleba wobec tego systemu z drugiej i cyniczne żerowanie deweloperów i banków na łaknącym czterech kątów kliencie. Co się składa na ten obraz współczesnych mieszkaniowych problemów? Bezwzględni czyściciele kamienic, ogłaszający upadłość deweloperzy, przeznaczane na wynajmem lokale o skandalicznych warunkach. No i przede wszystkim to, co – o zgrozo – zdaje się być dziś synonimem wejścia w dorosłość. Kredyt. Taki na lat trzydzieści. Który młody człowiek może sobie dziś pozwolić na luksus posiadania mieszkania bez zawiązania bliższej relacji z bankiem? W większości właścicielami naszych mieszkań są ciągle banki. Nasza, po pięciu latach comiesięcznych wyrzeczeń i kolejnych rat, jest może łazienka. A co jeśli powinie się noga? Jeśli stracimy pracę? Trudno o poczucie bezpieczeństwa. Zadziwiająco wyglądają statystki dotyczące własności mieszkań i wynajmu w Polsce  i innych krajach europejskich. Tam stworzono taki system, w którym większość rynku to mieszkania pod wynajem. U nas chyba zbyt silne jest myślenie w kategoriach własnościowych. Odrębną kwestię stanowią tutaj mądre rozwiązania systemowy,  u nas ich brak. Ważne, że wilk (bank, deweloper) syty, a owca … mieszkać gdzieś musi.

Czytało się te historie spisane przez dziennikarza z narastającą frustracją i poczuciem bezsilności. I poczuciem niesprawiedliwości – że o mieszkanie, do którego każdy powinien mieć prawo, często walczyć trzeba z takim mozołem i lękiem o jutro. I w wymiarze takim ogólniejszym – przez problem związany z mieszkaniami Springer (chciał tego czy nie) pokazał, że system nie liczy się ze zwykłymi zjadaczami chleba. Tutaj liczą się tylko terminowe spłaty kolejnych rat kredytu. Średnio przez trzydzieści lat. Sprawdziłam: to daje 360 miesięcy, a to daje jakieś jedenaście tysięcy dni życia w kieszeni banku. Dopóki jednak nie otrzymamy ostatniego potwierdzenia spłaty raty – nie możemy odetchnąć z ulgą z poczuciem posiadania własnego lokum. Dla wielu to jak kamień młyński zawieszony u szyi.

Od razu po przeczytaniu miałam zastrzeżenie,  że Springer, przyjmując taki historyczny punkt widzenia na kwestię mieszkaniową, pominął czasy PRL-u. Kiedy jednak zaczęłam porządkować sobie wiedzę na temat tego, co z tych opisanych przez dziennikarza historii wynika, zaczęłam mieć przeświadczenie, że być może na tle międzywojnia i teraźniejszości ten system okazałby się mieszkaniową sielanką. Tymczasem dla dziennikarza historia miała służyć do pokazywania teraźniejszości. Być lustrem współczesności. Dla dziś takim lustrem okazuje się być  międzywojnie. Niestety.

W otchłaniach Internetu natknęłam się na dość lakoniczną, ale dosadną interpretację tego tekstu. Według tej opinii „13 pięter” to reportaż o tym, jak przez lata państwo, banki, deweloperzy (ci wielcy) nabijali w butelkę (że użyję eufemistycznego określenia) zwykłych ludzi. Dlatego dom  w wydaniu Springera nie kojarzy się rzeczywiście ani ze spokojem, ani z poczuciem bezpieczeństwa, ani ze stabilizacją. 
Bardzo dobra lektura, po której robi się bardzo niemiło (że zakończę również eufemistycznie).  

Bookowska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz