sobota, 2 stycznia 2016

„Stryjeńska. Diabli nadali” - Angelika Kuźniak


Angelika Kuźniak

Stryjeńska. Diabli nadali

Wydawnictwo Czarne

2015

stron: 344

5/6




Stryjeńska byłaby zadowolona, że psiakrew!

Dla niecierpliwych (tl;dr)  

Marzanna z teki "Bożki słowiańskie"
Angelika Kuźniak stworzyła niezwykłą, barwną, ciepłą i miejscami dowcipną opowieść o absolutnie nietuzinkowej malarce. Stryjeńska – dziś chyba  zapomniana – swego czasu była największą polską artystką, która całe swoje życie podporządkowała sztuce właśnie. Kuźniak w naprawdę udany sposób w swojej najnowszej książce przywraca Stryjeńskiej zasłużone miejsce w zbiorowej świadomości. Autorka przeplata swoją opowieść licznymi zapiskami pozostawionymi przez Zochę, a notatki te są niesamowitym przykładem elokwencji, poczucia humoru (też czarnego) i  dystansu do siebie, świata i innych. Zocha Angeliki Kuźniak to postać absolutnie wyjątkowa, a przy tym ciągle człowiek z krwi i kości, kobieta niejednoznaczna i wymykająca się prostym ocenom.  Godne polecenia nie tylko dla zainteresowanych historią sztuką.



Dla dociekliwych

Staremu nudziarzowi o sobie pisać zabraniam – pisze Stryjeńska w liście do swojej siostry pod koniec życia. I wcale się temu nie dziwię, bo z postawionych po niej licznych zapisków, listów, pamiętników, notatek – wyłania się postać tak nietuzinkowa, barwna i ciekawa, że naprawdę zasługuje na biografię najwyższej próby.  Na szczęście próby tej podjęła się Angelika Kuźniak, znana między innymi z opowieści o Papuszy czy Marlenie Dietrich, którymi to udowodniła, że potrafi o swoich bohaterkach pisać tak, że na nowo w ich żyłach zaczyna pulsować.

Urodziłam się u zbiegu dwóch epok. Za późno, aby tańczyć kankana, za wcześnie, alby podziwiać rozbicie atomu. Oscyluję więc krańcowo między przepaścią a nadzieją – te słowa Stryjeńskiej są bardzo trafnym komentarzem do życiorysu, jaki wyłania się z kart opowieści o malarce. Kuźniak bardzo często swoją narrację podpiera zresztą obszernymi cytatami będącymi zapiskami samej Stryjeńskiej  - chwała jej za to, bo styl malarki pełen jest takiej swady,  ironii, dowcipu, a często czarnego humoru, że nie sposób o uśmiech na twarzy nawet wtedy, gdy pisze ona o rzeczach naprawdę smutnych. Autorce udało się z tego naprawdę obfitego materiału źródłowego wybrać to, co istotne, co wartościowe, co najpełniej charakteryzuje Stryjeńską i najpełniej oddaje  jej osobowość - artystki, matki,  żony, córki, kochanki. A portret to niejednoznaczny. Udało się jednak Angelice Kuźniak z tych licznych notatek osobistych stworzyć płynną, ciekawą, barwną i pełną energii opowieść.


Z. Stryjeńska, Ogień, 1928 r.

Cieszę się, że Angelika Kuźniak zdecydowała się wydobyć z odmętów zapomnienia właśnie Stryjeńską, bo to postać, która zdecydowanie zasługuje na ocalenie od zapomnienia – jedna z najbardziej (a może najbardziej)  swego czasu znanych polskich artystek, która później przez lata trwała w zawieszeniu między sławą i prestiżem (jej dzieła wystawiane były przecież na całym świecie) a odtrąceniem i zapomnieniem. A była artystką totalną, która całe swoje życie złożyła na ołtarzu sztuki.   Żywot artysty rzadko kiedy jest łatwy. Tak też było w przypadku Stryjeńskiej. Z wielu powodów to postać tragiczna (oj, chyba dostałoby mi się od niej za to sformułowanie). Relacje z mężczyznami były tyleż skomplikowane, co nieudane. Karol Stryjeński, którego kochała miłością na granicy obłędu, zamknął ją w zakładzie psychiatrycznym, aktor Artur Socha na pamiątkę zaraził syfilisem. O romansie z pewnym słynnym pisarzem na F. najlepiej poczytać w jej własnych komentarzach – uśmiech gwarantowany.  Niełatwe były relacje artystki z dziećmi, które przecież zaniedbywała, zostawiła na wychowanie innym członkom swojej rodziny, z rzadka odwiedzała, czyniąc sobie samej z tego wyrzuty.  Z pasją oddawała się sztuce, miała fioła na punkcie etnografii, słowiańszczyzny i polskości, a jej wizja bożków słowiańskich nie bez przyczyn cieszyła się takim uznaniem. Niestety, życie rodzinne w dużej mierze przegrała. I z całą świadomością się do tego przyznawała. Zresztą była rozdarta między oddaniem sztuce o powinnościami matki, nie potrafiła pogodzić tych dwóch płaszczyzn życia. W błędzie będzie ten, kto myśląc o Stryjeńskiej jako wielkiej artystce swego czasu, wyobraża ją sobie  pławiącą się w luksusach i dostatku. Rzecz wygląda odwrotnie – żyła w biedzie, często uciekając bądź ukrywając się przed wierzycielami. Zaciągała pożyczki na pokrycie innych długów. I tak w kółko. Aż dziw bierze, biorąc pod uwagę te wszystkie kłopoty dnia codziennego, z jakimi się zmagała, że tyle w niej było z jednej strony pogody i poczucia humoru, z drugiej nieugiętości i determinacji.

Udało się Angelice Kuźniak z tych licznych pozbieranych zapisków, materiałów, rozmów z bliskimi Stryjeńskiej stworzyć portret kobiety z krwi i kości – wymykającej się jednoznacznej ocenie, wielowymiarowej, ale bez względu na wszystko znakomitej artystki, która swoje życie zawierzyła Sztuce – mimo że ta różnie się jej za oddanie odpłacała. Świetnie skreślony portret i udana próba przywrócenia postaci malarki do zbiorowej świadomości. 

PS Ze Stryjeńską można się spotkać na jej facebookowym profilu, który polecam wszystkim (nie tylko) zainteresowanym, znajdziecie tam próbkę talentu artystki, doświadczycie jej poczucia humoru i przede wszystkim niesamowitego i niepowtarzalnego języka, jakimi operowała (jakbym czytała Witkacego) . Nie tylko dla tych, którzy cierpią na niehumor. ;) 

Bookowska

Dla porównania 

Stryjeńska na Krytycznym Okiem (tutaj)
Stryjeńska na God save the book (tutaj)
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz