sobota, 6 lutego 2016

"Arystokratka w ukropie" - Evžen Boček



 

Evžen Boček 

Ostatnia arystokratka

Wydawnictwo Stara Szkoła

2016

stron: 218

4/6





U Kostków z Kostki bez zmian

Dla niecierpliwych (tl;dr)
Na „Arystokratkę w ukropie” czekałam z niecierpliwością. Pierwsza część rozbawiła mnie do łez, przypominając, co oznacza czeski humor. I choć fabuła jest dość prosta, to naprawdę zabawna. Rodzina Kostków wraca z Ameryki, by osiąść w swej rodowej posiadłości – zamku w Kostce. Szybko Kostkowie muszą zweryfikować swoje wyobrażenia o arystokratycznym życiu z ponurą morawską rzeczywistością. Na ziemię szybko sprowadza rodzinę zamkowa służba: nienawidzący wszystkiego, co się rusza i mówi, kasztelan zamku, racząca się przy każdej okazji orzechówką kucharka czy uzależniony od prozaku ogrodnik – pan Spock. Do tego sama rodzinka to zbiór osobliwości: skąpy ojciec z jednej strony, zafascynowana księżną Dianą matka z drugiej. Druga część powiela schematy znane znam z pierwszej. Dalej obcujemy z tymi samymi bohaterami, z tymi samymi sytuacjami, problemami: nienawykłą do pracy służbą, natrętnymi i niezadowolonymi turystami, widmem bankructwa. Choć nadal jest śmiesznie, nadal absurd goni absurd, to „Arystokratka w ukropie” smakuje trochę odgrzewanym kotletem. Żadnego powiewu świeżości, żadnych nowych komplikacji. Żadnych nowych bohaterów, którzy swoją postacią wprowadziliby coś ożywczego do historii. Szkoda. 


Dla dociekliwych
„Ostatnia arystokratka” – pierwsza z cyklu książek o rodzinie Kostków - rozłożyła mnie na łopatki. Wobec ogromnych dawek śmiechu, jakie autor zaserwował w tej opowieści, byłam bezbronna niczym dziecko. Ale cóż z tego – bawiłam się wyśmienicie, nie mogąc oderwać się od tej absurdalnej historii. Dużo obiecywałam sobie po kontynuacji – ba, z niecierpliwością sprawdzałam na stronie wydawnictwa datę premiery drugiej części, planując w myślach nocny skok na ich siedzibę, gdyby okazało się, że data jest odległa. Czy warto było tak się niecierpliwić?

Czym Boček tak rozpalił moją wyobraźnię? Niezaznajomionych z tematem wprowadzam w clue opowieści (i jednocześnie polecam: sięgnijcie po „Ostatnią arystokratkę”): Boček snuje barwną historię rodziny Kostków, którzy otrzymują w spadku rodzinną posiadłość w Kostce. Bo nie byle jaka to rodzina, a z arystokratycznymi korzeniami. Rodzina Kostków pakuje więc walizki i z Nowego Jorku wyrusza na podbój Czech – z głową pełną fałszywych wizji swojego nowego życia.  Niestety, ich wyobrażenia o arystokratycznym życiu nie wytrzymują konfrontacji z rzeczywistością.  W pierwszej części rodzina Kostków oswaja się z nową dla siebie sytuacją, a stali mieszkańcy/ bywalcy zamku nie ułatwiają zadania. Część druga nie przynosi zasadniczej zmiany. Rodzina Kostków w dalszym ciągu mierzy się z ponurą morawską rzeczywistością, wizją rychłego bankructwa i nienawykłą do pracy służbą. A sezon turystyczny w pełni. I co tu zrobić, być natrętni turyści (zwłaszcza szkolne wycieczki) nie zrujnowali posiadłości, a pracownicy zamku wreszcie zaczęli się choćby w części wywiązywać ze swoich obowiązków. A przede wszystkim – jak przekonać skąpego ponad miarę hrabiego Kostkę do drobnych choćby inwestycji w turystyczny interes (typu papier toaletowy w toaletach)?

Cały humor serii Bočka zasadza się na stworzeniu galerii osobliwych i przezabawnych postaci – z ich fobiami i dziwnymi zwyczajami. To oni w zderzeniu z sytuacjami, z jakimi są konfrontowani, budują komizm całej historii. Bo kogóż my tutaj nie mamy? Ojciec tytułowej bohaterki w swej pomysłowości związanej z zaoszczędzeniem każdej korony mógłby stanąć w szranki z najsłynniejszymi literackimi dusigroszami: Harpagonem czy Scrooge’em na czele. I wierzcie, mi – nie byłby bez szans. Matka Mary całą swoją wiedzę o życiu arystokracji zasadza na biografii księżnej Diany. Kiedy więc nadarzy się okazja, by poznać ją osobiście, nic nie będzie mogło stanąć jej na przeszkodzie, a wizja zaślubienie przez Mary brytyjskiego następcy tronu, księcia Williama, nabierze realnych kształtów. Józef, czyli kasztelan zamku – tradycyjnie nienawidzący każdego obcego, który przekracza bramę zamku, nie cofnie się przed niczym, by przepłoszyć natręta z zamku. Przy próbie zbicia fortuny na turystach – dość kłopotliwe dla Kostków nastawienie. Jest jeszcze uzależniony od prozaku ogrodnik Spock – podobny do tego Spocka, z tego „Star Treka”, który niestety aktualnie znajduje się na detoksie i jego użyteczności sprowadza się co najwyżej do możliwości posypywania pączków cukrem pudrem – tak trzęsą mu się ręce. Stałby się cud, gdyby wycieczka obsługiwana przez tak dziwacznych mieszkańców zamku wyszła z niego zadowolona. A nie są to wszystkie indywidua, która spotkać można na popadającym w ruinę zamku Kostków. Kłopoty więcej niż gwarantowane. Kłopoty na stałe wpisane jako jedna z atrakcji dla zwiedzających, których zresztą do zamku najbardziej przyciąga fakt, że to tutaj ślub swój miała Helena Vondračkowa – nie skłamię, jeśli napiszę, że taka czeska wersja naszej Rodowiczki (trochę może lżejsza).

Pośmiałam się z perypetii bohaterów, niejednokrotnie do łez doprowadziły mnie absurdalne sytuacje, w jakie na własne życzenie wikłali się bohaterowie. Czy zatem „Arystokratka w ukropie” trzyma poziom części pierwszej? Niby tak, ale właśnie tylko trzyma poziom. Nie ma tutaj nic nowego. Ciągle obserwujemy te same postacie w charakterystycznych dla nich sytuacjach. Nie wychodzimy poza zamek, poza problemy ze służbą, poza problemy z turystami, poza problemy z kurczącym się w zastraszającym tempie budżetem. Ciągle kręcimy się wokół tego samego, co już znamy z części pierwszej. Żadnego powiewu świeżości druga część nie przynosi. A aż się prosi o wprowadzenie do historii nowych postaci – niech się odnajdzie jakieś nieślubne dziecko pana Spocka, niech  kasztelan przygrucha sobie jakąś młódkę, niech na zamku zatrudnią jakąś atrakcyjną przewodniczkę, dla której głowę mógłby stracić hrabia Kostka. No niechby chociaż odnaleźli się jakiś krewni Kostków, którzy podjęliby z nimi walkę o posiadłość. Czy tak dużo trzeba, bo pokomplikować losy bohaterów, rzucić im jakąś kłodę (lub dwie) pod nogi? W teorii literatury ma to swoją nazwę – perypetia. A jeśli jeszcze wprowadzi się jakąś intrygę – to już w ogóle miodzio. Ileż to daje możliwości?

Choć dalej jest zabawnie, to ileż można opowiadać ten sam dowcip? A takie niestety mam odczucie po „Arystokratce w ukropie” -  dostałam historię dobrze mi znaną z części pierwszej. I tyle. Nic więcej, nic nowego. Dobrze sprawdzone postacie i sytuacje. A nawet chyba na niekorzyść fabuły – jakby mniej kasztelana, który dla mnie jest postacią numer jeden w całej historii.

Z tą historią jest trochę tak, jakbyście na poniedziałkowy obiad dostali odgrzewkę niedzielnego. Niby nadal jest smaczne, ale jednak znowu to samo. Gdyby to chociaż przyprawiono inaczej, podano w towarzystwie innej przystawki – od razu powiałoby świeżością. Nie szukajcie w „Arystokratce w ukropie” świeżości, bo smakuje trochę jak odgrzewany kotlet. Wciąż smakuje, ale człowiek miałby ochotę na coś innego.

Bookowska




 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz