poniedziałek, 29 lutego 2016

„Łaska” – Anna Kańtoch





Anna Kańtoch


Łaska


Wydawnictwo Czarne


2016


stron: 400


5/6





Łaska zapomnienia

Dla niecierpliwych (tl;dr)

Czasy PRL-u: lata 1955 i 1985. W małym miasteczku o znamiennej nazwie – Mgielnica – dochodzi do serii przerażających śmierci wśród nastolatków. Nauczycielka polskiego podejrzewa, że mogą one mieć coś wspólnego z wydarzeniami sprzed trzydziestu lat, kiedy jako sześciolatka na tydzień zaginęła, a potem nagle odnalazła się cała pokryta warstwą zaschniętej krwi. Niestety, Maria nie pamięta nic z tamtych przerażających wydarzeń, a zdają się one być kluczem do rozwikłania zagadki, która mrozi krew w żyłach mieszkańcom miasteczka. Kańtoch daje nam kryminał czerpiący ze sprawdzonych wzorców literatury skandynawskiej. Nie bez powodu akcja rozgrywa się zimą – jest mroźnie, mrocznie, złowieszczo. Mimo że możemy liczyć na ciekawą zagadkę, „Łaska” przede wszystkim broni się niesamowitym klimatem. Już na pierwszych stronach autorce udaje się zaszczepić w czytelniku niepokój i ten podskórnie odczuwany strach będzie towarzyszył do samego końca. Nie znajdziemy tutaj zawrotnej akcji, szokującego rozwiązania, które wprawi nas w osłupienie, ale znajdziemy bardzo zręcznie poprowadzoną historię, która naprawdę niepokoi. 






Dla dociekliwych
Czytelnikom fantasy, zwłaszcza tego z etykietą made in Poland, Anny Kańtoch przedstawiać nie trzeba. Jako że ja wielbicielką fantasy, zwłaszcza tego z etykietą made in Poland,   nie jestem, z autorką dopiero się zaznajamiam. I bynajmniej nie dlatego, że nagle jakieś strzygi, rusałki czy elfy przełamały mój opór względem tego gatunku, ale dlatego, że Anna Kańtoch postanowiła sprawdzić się w innym typie literatury – kryminale. I w tym miejscu ścieżki naszych zainteresowań się przecinają. I jak świetnie, że się przecinają. Kańtoch jako autorka fantasy jest mi zupełnie nieznana, ale Kańtoch w jej kryminalnej odsłonie – kupuję!
Jest rok 1955, Mgielnica – mała miejscowość gdzieś na Dolnym Śląsku. Pewnego dnia bez śladu przepada sześcioletnia Marysia. Gdy po tygodniu dziewczynka odnajduje się głęboko w lesie, cała pokryta jest warstwą wyschniętej krwi, a we włosach odnaleźć można strzępy ludzkiego mózgu. Dziecko nie pamięta nic z minionego tygodnia, a jej ciotka uważa to za zbawienne i  sytuację zataja przez milicją. Pewne, że dziewczynka sama nie przetrwałaby tygodnia w lesie, ktoś musiał o nią zadbać, ktoś musiał ją karmić. Pytanie: co się wydarzyło, będzie towarzyszyć czytelnikom od niemal pierwszych stron, a ciekawość szybko nie zostanie zaspokojona.
W 1985 roku szara atmosfera PRL-u nadal nam towarzyszy. Dorosła już Maria wraca w rodzinne strony i podejmuje pracę polonistki w miejscowej podstawówce. Wydarzenia sprzed lat przypominają jednak o sobie w nader tragicznych okolicznościach. Wszystko zaczyna się od rysunku, który zamiast kartkówki z „Syzyfowych prac”, oddaje nauczycielce niezbyt lotny uczeń klasy 8b, Wojtek. Obrazek przedstawia czworo dzieci i potwora, którego chłopiec nazywa Kartoflanym Człowiekiem. Nastolatek liczy na pomoc nauczycielki, gdyż mniema, że łączy ich pewna tajemnica. Jaka – tego nauczycielka nie zdąży się już dowiedzieć, gdyż wkrótce chłopiec wiesza się miejscowym parku. A to dopiero pierwsza ofiara, która tej zimy zmąci spokój mieszkańców Mgielnicy. Śledztwo prowadzi miejscowa milicja, ale również Maria na własną ręka szuka rozwiązania zagadki. Przeczuwa, że musi zajrzeć w głąb swojej duszy i powrócić do mrocznego lasu, bo właśnie tam kryje się rozwiązanie zagadki makabrycznych zbrodni, które wstrząsają okolicą. Przywracanie pamięci dawnych wydarzeń nie jest jednak proste, a zło ciągle gdzieś się czai, wypatrując być może kolejnej ofiary. Co łączy wydarzenia sprzed trzydziestu lat z mrożącymi krew w żyłach zdarzeniami z roku 1985?
Pierwszy kryminał Anny Kańtoch niewątpliwie czerpie z wzorców literatury skandynawskiej – odnajdziemy tutaj ten sam mroczny, posępny nastrój. Skandynawski klimat podkreśla dodatkowo zimowa aura: mróz, opady śniegu, szybko zapadający zmierzch. Jest nieprzyjemnie. Mamy spowite we mgle małe miasteczko, w którym każdy każdego zna, sekrety trudno ukryć przed światem, a na obcego  patrzy się spode łba. Obcą jest poniekąd Maria, która z powodu swojej niepokojącej przeszłości trzyma się na uboczu, zapada w sobie, stroni od ludzi. Na nią też padają podejrzenia mieszkańców, gdy zaczyna dziać się źle – jakby po latach Maria znów sprowadziła do miasta zło. Wydarzenia z przeszłości, których nie pamięta, naznaczają znów jej życie. Czy zatem zapomnienie, o którym ciotka Emilia mówiła, że czasem jest łaską, przynosi kobiecie ukojenie, jest gwarantem spokoju? Okazuje się, że nie. Maria, chcąc nie chcąc, musi stawić czoła upiorom z przeszłości – nie dlatego, by zaznać wreszcie spokoju. Nie dlatego, że rodzi się w niej detektyw amator. Bardziej dlatego, że czuje się odpowiedzialna za śmierć chłopca, którego problem zignorowała.
Nie ma w „Łasce” zawrotnego tempa akcji, szokujących zwrotów, zakończenia, które wbija w fotel i pozostawia w niemym niedowierzaniu. Jest za to ciekawie pomyślana intryga, zagadka i tajemnica sprzed lat, które domagają się rozwiązania. Jest wiarygodnie nakreślone tło małego miasteczka z jego mieszkańcami.
Ale „Łaska” najbardziej broni się klimatem, który udało się autorce stworzyć już na pierwszych stronach i utrzymać do ostatnich. Dziewczynka od stóp do głów pokryta warstwą zaschniętej krwi, z fragmentami ludzkiego mózgu we włosach -  obrazek jak z horroru. I takim mocnym akcentem Kańtoch zaczyna. Zaszczepia już na samym początku w czytelniku niepokój, który będzie potem towarzyszył do ostatniej strony. A nawet dłużej. Być może zarzut uczynić można z tego, że czytelnik jednak całkiem szybko i trafnie może wytypować osobę, która stoi za rozgrywającą się makabrą, jednak nieznajomość motywów i nieumiejętność połączenia tego co dziś z tym, co kiedyś, nie pozwala wcale poczuć się komfortowo nawet w tej sytuacji. I wcale nie umniejsza to jego strachu, wręcz przeciwnie.
Choć „Łaska” pod względem fabularnym nie powaliła mnie na kolana, to umiejętnie budowanym i podtrzymywanym klimatem – i owszem. Jest w „Łasce” bardzo niepokojąco, mrocznie i złowieszczo. I tak też będę pamiętać moje pierwsze spotkanie z Anną Kańtoch – przez pryzmat atmosfery, jaka mu towarzyszyła.
Bookowska

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz