środa, 3 lutego 2016

"Paskudna historia" - Bernard Minier


Bernard Minier

Paskudna historia

Wydawnictwo Rebis

2015

stron: 416

5/6




Raj utracony

Dla niecierpliwych (tl;dr) 

Glass Island to jedna z wysp archipelagu San Juan. Ta mała wysepka jest miejscem, gdzie wszyscy się znają i wiedzą o sobie wszystko. Pewnego wieczora na jednej z plaż miejscowi odnajdują zmasakrowane zwłoki szesnastolatki. Lokalna policja rozpoczyna śledztwo, ale rozwikłaniem sprawy szczególnie zainteresowani są najbliżsi przyjaciele dziewczyny, w tym jej były chłopaka – dla policji podejrzany numer jeden. Oni na własną rękę rozpoczną poszukiwanie mordercy. W tym samym czasie oczy wpływowego polityka – Granta Augustine’a - skierują się na wyspę. Ten bezwzględny człowiek od wielu lat bezskutecznie (mimo środków i możliwości) poszukuje swojego utraconego syna. Wszystko wskazuje na to, że chłopak mieszka na Glass Island. W tej powieści jest wszystko, co powinno być w dobrze skonturowanym thrillerze. Przede wszystkim mamy świetnie zawiązaną i poprowadzoną intrygę – rozwiązanie zagadki zostawia czytelnika w niemym zdziwieniu i podziwie dla autora, któremu tak zgrabnie dało się wyprowadzić czytelnika w pole. Mamy też duszną i gęstniejąca od podejrzeń atmosferę małej wysepki – odciętej od świata, z ponurą, deszczową i sztormową pogodą. Nie znajdziecie tutaj wartkiej, pędzącej na łeb na szyję akcji pełnej gwałtownych zwrotów co kilka stron. Ale zagadka i jej rozwiązanie wynagrodzą wszystko.



Dla dociekliwych 
Przyznaję – dałam się wyprowadzić w pole. Kiedy z niedowierzaniem zamknęłam książkę, musiałam przyznać sama przed sobą, że udało się autorowi tak zręcznie mylić tropy, że dałam się zwieść. Nie czyniłam tego jednak bez satysfakcji, bo umiejętne zwodzenie czytelnika, podsuwanie fałszywych znaków, mylenie tropów – to wielka zaleta literatury sensacyjnej. W tej rozgrywce czytelnik – autor: 0:1.

Glass Island to jedna z wysp archipelagu San Juan – wyspiarskie miejsce odcięte od świata, spowite aurą ponurości. Kapryśna, deszczowa pogoda, częste sztormy dopełniają charakterystykę miejsca. Ta mała wysepka jest miejscem, gdzie wszyscy się znają i wiedzą o sobie wszystko. Życie toczy się tutaj wolno, ale przyjemnie i spokojnie. Do czasu. Pewnego wieczora na jednej z plaż miejscowi odnajdują zmasakrowane zwłoki szesnastolatki. Lokalna policja rozpoczyna śledztwo, ale rozwikłaniem sprawy szczególnie zainteresowani są najbliżsi przyjaciele dziewczyny, w tym jej były chłopaka – dla policji podejrzany numer jeden. Oni na własną rękę rozpoczną poszukiwanie mordercy. W tym samym czasie oczy wpływowego polityka – Granta Augustine’a - skierują się na wyspę. Ten bezwzględny człowiek od wielu lat bezskutecznie (mimo środków i możliwości) poszukuje swojego utraconego syna. Wszystko wskazuje na to, że chłopak mieszka na Glass Island. Nie trzeba być Einsteinem, by domyślić się, że te dwa równolegle prowadzone wątki muszą wcześniej czy później znaleźć wspólny mianownik.

Co jest najważniejsze w sensacji? Dla mnie - intryga. Tę pisarz zbudował po mistrzowsku. Misterne powiązania między elementami, w których czytelnik gubi się jak małe bezradne dziecko, tworzą skomplikowaną sieć. Minier zaplótł pierwszorzędnej jakości intrygę kryminalną. Owszem – podsuwa tropy, sugeruje rozwiązania. Ale na końcu i tak przecieramy oczy ze zdziwienia i zapytujemy sami siebie: jak to możliwe. I znając rozwiązanie, mamy ochotę raz jeszcze przewertować całą książkę, by krok po kroku zbadać wszystkie znaki, które do tego rozwiązania mogłyby nas doprowadzić.

Wielowątkowość powieści związana jest z tym, że Minier zaburza chronologię zdarzeń, zawieszając bieg jednego wątku na rzecz innego. Oczywiście doskonale żongluje tymi planami, wie, kiedy przeskoczyć z jednego na drugi, by utrzymywać czytelnika w napięciu. Bardzo lubię, gdy historia nie toczy się w prosty, chronologiczny sposób. To buduje napięcie i je podtrzymuje. Ciekawość czytelnika wzmagana jest również przez fakt, że mamy początkowo niepowiązane ze sobą, prowadzone osobno wątki – wiadomo, że musi między nimi istnieć jakaś niewidoczna jeszcze nić. Pytanie jaka?

Na klimat powieści niewątpliwe piętno odciska też umiejscowienie akcji na małej pacyficznej wysepce. Mamy tutaj do czynienie z zamkniętą społecznością, gdzie każdy każdego zna. A morderstwo powoduje, że i nam, czytelnikom, udziela się w pewnym momencie atmosfera strachu: każdy jest podejrzany i w pewnym momencie naprawdę nie wiadomo, komu można ufać, kto mówi prawdę, kto prowadzi jakąś nieczystą grę. Społeczność lokalna nakreślona została żywą kreską, bohaterowie są jacyś: głównego bohatera i częściowo narratora Henry’ego wychowują dwie matki,  w tym jedna głuchoniema, na wyspie mieszka też rodzina zakapiorów Oatesów, którzy nieźle dają się miejscowym we znaki. Do tego dochodzą tajemnicze persony działające na rzecz Augustine’a. Jak wielu bohaterów, tak wielu podejrzanych.

Na koniec warto wspomnieć również o tym, że w tę sensacyjną powieść udało się autorowi bardzo zgrabnie wpleść problemy dotyczące współczesnego świata. Wizja inwigilowanego, kontrolowanego dzięki nowoczesnej technologii społeczeństwa jest przygnębiająca. Wielki brat patrzy znad monitora, kontroluje nasze rozmowy, przejmuje wirtualne życia, śledzi każdy nasz ruch. Wszyscy możemy być szpiegowani, nie ma miejsca na intymność i prywatność. Konsekwencje rozwoju technologicznego mogą być niszczące dla poczucia wolności człowieka.

W przypadku tej powieści tytuł stanowi znakomity klucz interpretacyjny. Minier serwuje czytelnikom naprawdę paskudną historię. I choć akcja tej powieści nie pędzi na łeb na szyję, przynosząc z każdą stroną nowe, szokujące fakty, to jednak znakomicie zawiązana i poprowadzona intryga kryminalna wynagradza wszystko, na koniec pozostawiając czytelnika w niemym zdziwieniu. Uwaga! Nie próbujcie nawet przed zakończeniem powieści bawić się w samodzielne rozwiązanie zagadki. To znaczy bawić się możecie, bo to frajda w końcu, ale szanse na to, że sami wpadniecie na właściwy trop, są naprawdę znikome. ;)

Bookowska


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz