wtorek, 23 lutego 2016

„Mam na imię Maryté” – Alvydas Šlepikas





Alvydas Šlepikas


Mam na imię Maryté


Wydawnictwo KEW


2015


stron: 184

5/6






Odłamki pamięci - powojenne miniatury 

Dla niecierpliwych (tl;dr)
Litewski autor, Alvydas Šlepikas, przywraca zbiorowej świadomości problem tak zwanych wilczych dzieci/ Wolfskinder. Odkrywa przy okazji jeszcze jedno tragiczne pokłosie II wojny światowej: straszne losy niemieckich sierot z Prus Wschodnich, cierpiących głód, umierających z zimna, szukających po lasach i polach schronienia przez mrozem i radzieckim żołnierzem – wałczących o przetrwanie. To mocna i ważna książka, którą wyróżnia nie tylko poruszany problem, ale i forma: poszatkowana narracja, której towarzyszą bardzo sugestywne, plastyczne obrazy. Każda scena jest tutaj niczym konkretne filmowe ujęcie. Taka forma powoduje, że tę książkę czyta się i ogląda jednocześnie. Naprawdę wartościowy tytuł i kolejny, który niezasłużenie przeszedł bez echa.


Dla dociekliwych
A gdyby tak zwrócić oko w inną stronę? Tę, w którą nikt spojrzeć wcześniej nie chciał, nie powinien, nie widział potrzeby, a może bał się… Gdyby tak zmienić optykę, perspektywę, wyzbyć się niechęci, uprzedzeń i spojrzeć na tych znienawidzonych, noszących na barkach ciężar odpowiedzialności za zło tak po ludzku. Gdyby pokazać innym obrazy dotąd ukrywane. Pokryć barwami, imionami, historiami, przeżyciami te białe plamy historii, które do tej pory były właśnie tylko niezapisanymi plamami. Jaki obraz wyłoniłby się z tego niebytu?
Alvydas Šlepikas, litewski autor, odważył się zapełnić jedną z takich  luk – stworzył literacki obraz, w którym zmierzył się z problemem wilczych dzieci. Zrobiłam szybkiej rozeznanie wśród znajomych i zapytałam, czy kojarzą zagadnienie. Nie kojarzyli, zresztą ja też nie spotkałam się wcześniej w literaturze z opisem wilczych dzieci. Niech to więc będzie jakiś dowód, że autor wkroczył na teren dotąd nierozpoznany (nie w sensie historycznym, ale literackim czy filmowym).
Wilczymi dziećmi, zwanymi też z języka niemieckiego Wolfskinder, określa się niemieckie sieroty z obszaru Prus Wschodnich, które po zakończeniu II wojny światowej i kapitulacji Niemiec pozostawiono samym sobie. Ojcowie zwykle polegli/ zaginęli na polach walki, natomiast matki bardzo często zmarły z głodu, z powodu ciężkich chorób (typu tyfus), a najczęściej po prostu padły ofiarami typowego okrucieństwa czerwonoarmistów względem ludności pokonanej. Niektórym z tych tysięcy dzieci poszczęściło się i zostały przygarnięte przez okoliczne rodziny litewskie. Większość jednak pozostawiono samym sobie, skazując tym samym na często pewną śmierć. Od tego momentu walczą z głodem, zabójczym mrozem, chowając się jednocześnie w lasach przed ziejącym gniewem żołnierzem radzieckim. Wilcze dzieci -  dzieci bez domu, dzieci bez rodziny, dzieci bez przyszłości. O ich tragicznych losach przypomina Šlepikas w swojej niewielkich rozmiarów książce.
Rok 1946. Mroźna i zabójcza zima. Prusy Wschodnie i powojenne, nowe porządki, przemeblowania. W domach do tej pory niemieckich gospodarzy zamieszkują nowi lokatorzy - przesiedleńcy, a dotychczasowi mieszkańcy są wysiedlani, zresztą duża część ucieka na wieść o zbrodniach dokonywanych przez Armię Czerwoną. Nie wszyscy zdążą. Oto krajobraz po bitwie spowity oparami straszliwej zimy. Zły czas. Zwłaszcza dla bezbronnych. Wokół panuje głód, pola straszą pustką lub rozkładającymi się trupami, wygłodniali ludzi szukają resztek jedzenie (jakiegoś choćby nadgniłego ziemniaka, który zaspokoi zabijający powoli głód) lub rozszarpują jak drapieżniki ścierwa zwierząt, byle wreszcie móc włożyć coś do ust. Z drugiej strony pijani w ochocie radzieccy żołnierze – żądni kobiet i zemsty. Straszne obrazy. Porażające. Mimo że wojna się skończyła – mieszkańcy Prus Wschodnich dopiero teraz odczuwają tragizm swojej sytuacji. W końcu przez kilka lat stali po niewłaściwej stronie. No, nawet jeśli nie z własnej woli, nawet jeśli nic im do wojennej zawieruchy, są teraz tak naznaczenia swoją niemieckością jak wcześniej gwiazdami Dawida naznaczano ludność żydowską. Tyle że teraz bycie Niemcem (właściwe niemcem) jest piętnem, które skazuje na niebyt, które powoduje, że trzeba się ukrywać, walczyć o przetrwanie. Nawet jeśli się ma kilka lat, a wojnę kojarzy co najwyżej z dziecięcymi zabawami. Taki to zły czas. I ten zły czas opisuje Šlepikas, pokazując walkę o przetrwanie kilkorga niemieckich dzieci, które błąkają się po lasach, polach, wyprawiają w odległe krainy w poszukiwaniu jedzenia: kawałka chleba, słoniny, cebuli czy ziemniaka, byle tyle zaspokoić głód. Udają się nawet na Litwę, by stamtąd od jakiś życzliwych gospodarzy wyżebrać trochę ziemniaków dla przymierającej głodem rodziny. Jeśli mają szczęście i trafią na dobrych ludzi- znajdują nowy dom, jeśli mają pecha i trafią na radzieckiego żołnierza – znajduję szybką śmierć. Bo żołnierz radziecki jest teraz panem sytuacji – zabiera co nie jego, gwałci, zabija. Nie ma litości. Nie patrzy: dziecko czy nie dziecko.
Książka Šlepikasa to świadectwo cierpień dzieci – cóż z tego, że niemieckich dzieci, cóż z tego, że kontekstem jest wojna. Dziecko to zawsze tylko dziecko – niewinne i bezbronne. I nie sposób nie przejąć się losem tych powojennych sierot, tak jak przejmujemy się losem dzieci polskich, żydowskich, cygańskich, bo one wszystkie są niewinnymi ofiarami działań innych, tych dorosłych.
Šlepikas oddał w ręce czytelnika książkę przejmującą nie tylko ze względu na temat. Siła jej oddziaływania leży też w samej formie: mamy tutaj poszatkowaną, rwaną narrację połączoną z bardzo sugestywnymi, naładowanymi emocjami scenami. Właściwie cała książką jest zbudowana z takich pojedynczych obrazów przypominających pojedyncze ujęcia filmowe. I tak się też tę książkę czyta – obrazami. Jakby oglądało się film. Mocna rzecz. I ważna.
Bookowska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz