wtorek, 24 maja 2016

„Olive Kitteridge” – Elizabeth Strout



Elizabeth Strout


Olive Kitteridge


Tłumaczenie: Ewa Horodyska


Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2010


stron: 344



Skrawki dnia powszedniego

Dla niecierpliwych (tl;dr)

Olive Kitteridge – antypatyczna, złośliwa, zrzędliwa, bezceremonialna. Niezły zestaw cech, jak na główną bohaterkę, prawda?  Matka, żona, sąsiadka, była nauczycielka. Olive Kitteridge to również postać, która stanowi spoiwo dla trzynastu opowiadań, z których każde stanowi pewną odrębną całość połączoną postacią Olive. Tak naprawdę bowiem główną bohaterką jest nie tyle sama Olive, a społeczność pewnej niewielkiej miejscowości na Wschodnim Wybrzeżu (z gatunku tych, gdzie każdy o każdym wie wszystko). Oglądamy codzienne życie zupełnie zwyczajnych bohaterów: bliskich, sąsiadów, uczniów, współpracowników Olive. Ze skrawków ich codzienności rekonstruujemy świat ich lęków, pragnień, rozczarowań, nadziei. To rzecz o samotności, przemijaniu, starzeniu się, poszukiwaniu własnego miejsca i własnej wolności. Ujmuje prawdziwością, psychologiczną wiarygodnością, świetnie poprowadzoną, zapętlającą się narracją, frapującą tytułową bohaterką.




Dla dociekliwych

Lubię podróżować komunikacją publiczną, obserwować innych pasażerów i kreować w myślach historie ich życia, wymyślać, kim i jacy są. Lubię też podróżować nocą, spoglądać na tlące się w oknach światła i zgadywać, jaka historia kryje się za zasłonami, kim są mieszkańcy mijanych domów, których cienie czasami przemkną w świetle okna. Jak to się ma do powieści Elizabeth Strout? Mniemam, że autorka ma podobne upodobania, bo wchodząc w świat jej powieści, ma się wrażenie takiego zaglądania na chwilę w życie poszczególnych bohaterów, przyłapywania ich w konkretnym (wcale nie przełomowym) momencie życia.

„Olive Kitteridge” to obraz zwyczajnej, szarej codzienności zupełnie zwyczajnych mieszkańców niewielkiej miejscowości Crosby, gdzieś w stanie Maine na Wschodnim Wybrzeżu. I jedynie niezwyczajna może tu być tytułowa Olive Kitteridge, która swoim sposobem bycia może wywoływać większe emocje wśród czytelników. Dysponuje bowiem całym arsenałem takich cech, które powinny  budzić sprzeciw czytelników. Bardziej antybohaterka niż bohaterka. Jest antypatyczną, zimną, zrzędliwą zołzą. Nie sili się na grzeczności, nie owija w bawełnę, a bywa wręcz arogancka. Mieszkańcy ze współczuciem patrzą na jej męża – sympatycznego skądinąd faceta. Współczują także synowi takiej oschłej, surowej matki. W tym sensie to naprawdę pełnokrwista bohaterka, mocna postać. Strout ma jednak wielką umiejętność w pokazywaniu prawdy psychologicznej o swoich bohaterach. Dlatego im więcej dowiemy się o Olive, czasem z konkretnego wydarzenia, czasem z jakiegoś niby mimochodem rzuconego zdania (przez samą Kitteridge, innych bohaterów czy narratora), tym bardziej okaże się dla nas postacią wielowymiarową, którą trudno poddać jednoznacznej ocenie. Z kolejnych odkrywanych przez czytelnikiem faktów składających się na życie bohaterki, otrzymamy portret osoby nieszczęśliwej, rozczarowanej życiem, niespełnionej. Kochającej, choć niepotrafiącej tego ukazać, a przez to krzywdzącej najbliższych.

Przyznaję, że po powieść sięgnęłam głównie z powodu antypatycznej bohaterki, Olive Kitteridge. Nie oglądałam serialu, ale jestem ogromnie ciekawa, jak w tej roli odnalazła się Frances McDormand, bo postać stwarza niesamowite możliwości kreacyjne. Dla mnie Kitteridge jest fascynującą bohaterką.

Ponieważ Kitteridge jako bohaterka wzbudziła moje zainteresowanie z niejakim rozczarowaniem stawiłam czoła faktowi, że tytułowa bohaterka nie do końca jest jednak główną bohaterką. Powieść składa się bowiem z odrębnych i zamkniętych fabularnie trzynastu opowiadań, których głównym spoiwem jest po prostu Olive Kitteridge. W przedstawianych w opowiadaniach wydarzeniach odgrywa czasem znaczącą rolę, w innych natomiast zepchnięta jest na plan zupełnie odległy, czasem po prostu jest wspominana przez innych bohaterów, nie odgrywając żadnej fabularnej roli.

Jeśli nie Kitteridge, kto zatem wyrasta na tego głównego bohatera? Społeczność miasteczka Crosby. Choć tytuł oryginału wskazuje także na Olive Kitteridge, zdecydowanie bardziej do tej powieści pasuje jej pierwszy polski tytuł. O dziwo, „Okruchy codzienności” (bo pod takim tytułem powieść ukazała się na polskim rynku w roku 2010) zdecydowanie lepiej oddają sens całej powieści. Cała powieść składa się właśnie z takich pojedynczych wyimków z codzienności, a autorka odsłania przez nami kulisy codzienności kolejnych bohaterów: członków rodziny, sąsiadów, dawnych uczniów, zupełnie dalekich znajomych Olive Kitteridge. Bohaterów przeżywających swoje własne dramaty, pogrążonych w kryzysie, cierpiących, pożądających, uwikłanych w nietrafione związki, opuszczonych,  mających swoje sekrety i grzechy,  łapczywie chwytających życie i chcących je sobie odebrać.

„Olive Kitteridge” to powieść, z której bije melancholia i smutek. Nieśpieszna narracja odsłania przed nami świat ludzkich pragnień, obaw, niespełnień, życiowej pustki, rezygnacji, rozgoryczenia i rozczarowania. To książka o starości i przemijaniu. I dojmującej samotności („Do diabła. Zawsze jesteśmy samotni. Rodzimy się w samotności. Umieramy w samotności.” – mówi Olive Kitteridge, s. 322), Ta opowieść o zupełnie zwyczajnych ludziach i ich zupełnie zwyczajnej codzienności nie zostawia jednak czytelnika z poczuciem braku nadziei i bezsensu życia. Ale ze świadomością, że poszukiwanie własnego ja, własnej wolności, akceptacja siebie zajmuje bardzo dużo czasu.

Powieść Strout ujęła mnie prawdziwością, psychologiczną wiarygodnością, świetnie poprowadzoną, zapętlającą się narracją, frapującą tytułową bohaterką. Podczas lektury miałam świadomość obcowania z  naprawdę dobrą literaturą.

Bookowska




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz