wtorek, 31 maja 2016

„Sekret Wesaliusza” – Jordi Llobregat




Jordi Llobregat


Sekret Wesaliusza


Tłumaczenie: Patrycja Zarawska


Wydawnictwo Sonia Draga, 2016


stron: 520



Ile u Llobregata z Zafóna?
Dla niecierpliwych

Wydawałoby się, że „Sekret Wesaliusza”  ma w sobie to wszystko, dzięki czemu może spodobać się nie tylko wielbicielom talentu Zafóna. Do fenomenu na miarę Zafóna przyrównuje się bowiem Llobregata, autora powieści. W Barcelonie 1888 roku trwają gorączkowe przygotowania do Wystawy Światowej. Plany władz miasta może pokrzyżować grasujący po mieście seryjny morderca, którego ofiarami padają młode kobiety. Ich zgony mogą mieć coś wspólnego z tajemniczą śmiercią wpływowego lekarza. Zagadkę jego śmierci, a przy okazji pozostałych zgonów, spróbuje rozwikłać trójka bohaterów: skrywający pewien sekret z przeszłości syn lekarza, szukający sensacji dziennikarz barcelońskiej gazety i młody student medycyny. Aby rozwiązać zawiłą sprawę, muszą odnaleźć XVI-wieczny manuskrypt Wesaliusza, flamandzkiego naukowca, twórcy nowożytnej anatomii. Bezcennego dzieła z równą determinacją poszukuje morderca, co powoduje, że misja bohaterów staje się szczególnie niebezpieczna. Choć sama fabuła zapowiada się naprawdę obiecująco dla wielbicieli przygód, tajemnic, mrocznych zagadek, to nie wszystko jednak zagrało w powieści. I niestety w wielu momentach wielowątkowa fabuła zszyta jest tak grubymi nićmi, że nie sposób tego nie dostrzec. Schematyczność fabuły powoduje, że to, co powinno nas zaskoczyć, staje się dla nas wiele razy oczywistością. I choć długo nie wiemy, kto jest mordercą, od razu wiemy, kto nim nie jest. Ubogie opisy miasta powodują, że nie poczujemy klimatu mrocznej, niebezpiecznej, tajemniczej Barcelony, przed czym ostrzegam wielbicieli tego miasta. Wątpię, by „Sekret Wesaliusza” powtórzył sukces „Cienia wiatru”, a jego autor został uznany za fenomen na skalę Zafóna. I choć czyta się nie bez przyjemności, to ze świadomością licznych niedociągnięć.



Dla dociekliwych

„Sekret Wesaliusza”, debiutancka powieść hiszpańskiego autora, reklamowany jest jako nie lada gratka dla wszystkich miłośników prozy innego hiszpańskiego twórcy – Zafóna. Pozycja wręcz obowiązkowa. Na Zafóna literacka moda panuje od dłuższego czasu. Nie ukrywam, sama dałam się, nie bez przyjemności zresztą,  uwieść nie tylko serii Cmentarz Zapominanych Książek, mimo że adresatem jego książek wydaje się być zwykle młody czytelnik. Czy powieść Llobregata ma szansę stać się fenomenem na miarę Cienia wiatru? Nie sądzę.  Choć sama fabuła zapowiada się naprawdę obiecująco.

Jest rok 1888. Barcelona na kilka tygodni przed inauguracją Wystawy Światowej. Tymczasem po mieście krąży seryjny morderca w bestialski sposób masakrujący ciała młodych kobiet. Władze miasta, drżąc o losy Wystawy, próbują sprawę zamieść pod dywan. Przerażające zabójstwa rozbudzają jednak wyobraźnię zwykłych ludzi, zwłaszcza tych z Barcelonety, dzielnicy dzielnicy biedoty, robotników, złodziejaszków i prostytutek. To oni rozpowszechniają między  sobą legendę o grasującej po mieście bestii, podsycając strach mieszkańców. Do Barcelony w związku z pogrzebem ojca przyjeżdża z Anglii młody, obiecujący naukowiec – Daniel Amat. Jest to powrót trudny i bolesny, gdyż przed laty Amat porzucił ojczyznę po tajemniczej rodzinnej tragedii, o którą się zresztą obwiniał. W Barcelonie jego ścieżki przecinają się z Bernatem Fleixą, żądnym sensacji dziennikarzem „Kuriera Barcelońskiego”. Ten sugeruje mężczyźnie, że jego ojciec, znakomity lekarz, podał ofiarą mordercy.  Mimo początkowego oporu Amat postanawia rozwiązać zagadkę śmierci ojca i ma to związek z ostatnimi sprawami, jakimi lekarz się zajmował. Pomaga mu w tym nie tylko dziennikarz, liczący na pierwszą stronę w gazecie, ale również młody student medycyny, były asystent ojca – Pau Gilbert. Okazuje się, że śmierć lekarza i tajemnicze morderstwa młodych kobiet mogą mieć ze sobą coś wspólnego. Aby jednak odkryć tożsamość mordercy, bohaterowie muszą odszukać XVI-wieczny manuskrypt Andreasa Wesaliusza, flamandzkiego naukowca, twórcy współczesnej medycyny. Bezcennego dzieła z równą determinacją poszukuje również morderca.

Nie trzeba być specjalnie uważnym czytelnikiem, by w debiucie Llobregata doszukać się pewnych podobieństw do „Cienia wiatru”. Jednak nie wystarczy, by główny bohater nosił to samo imię co bohater powieści Zafóna, nie wystarczy akcji umieścić w Barcelonie sprzed kilkudziesięciu lat, nie wystarczy wprowadzanie tych samych motywów (od nieszczęśliwego, melodramatycznego wątku miłosnego przez tajemnicze dramaty rodzinne, zagadki z przeszłości, po motyw  książki, która odgrywa niebagatelną rolę w przebiegu fabuły), by uzyskać wciągającą opowieść na miarę „Cienia wiatru” właśnie. To jednak powieść klasę niżej. Niezła, ale nie sposób nie mieć do niej wielu zastrzeżeń.

Wielbiciele samej Barcelony mogą czuć się rozczarowani, gdyż autor – mimo że deklaruje zainteresowanie urbanistyką i historycznym rozwojem miast - oszczędza nam konkretu i szczegółowości w opisie miasta. Owszem przemierzamy z bohaterami uliczki i zaułki miasta, gościmy w niebezpiecznej dzielnicy, Barcelonecie, w pałacach barcelońskiej finansjery, odwiedzamy znany cmentarz Montjuïc czy podróżujemy Las Ramblas, a nawet barcelońskimi kanałami. Szkoda tylko, że autor tak skąpi nam opisów, budowania klimatu tych miejsc, że przestrzeń tego miasta mogłaby być przestrzenią zupełnie innego miasta. „Sekret Wesaliusza” nie jest pocztówką z pięknego miasta, bo Barcelona Llobregata to miasto niebezpieczne, a my więcej czasu spędzimy wśród biedoty, prostytutek, kanałowych zbieraczy niż wśród elit. Więcej czasu spędzimy w podejrzanych zaułkach, podziemiach niż w bogatych domostwach.

Sam zarys fabuły ma w sobie rzeczywiście wszystko, by utkać z tego fascynującą i niepokojącą historię, od której trudno się oderwać.  Ma wszystko, by kupić czytelnika spragnionego wrażeń, jakie dawały mu powieści Zafóna. Cóż z tego, jeśli sama konstrukcja akcji i bohaterów nie jest mocną stroną powieści. W wielu momentach akcja szyta jest grubymi nićmi – tropy, które powinny mylić, są dla czytelnika tak oczywiste, że od razy myśli o nich w kategoriach zmyłki. Rzucanie podejrzeń na konkretną postać jest tak oczywiste, że od razu wiadomo, iż autor próbuje wyprowadzić nas w pole. Trochę to nieporadne jest. Albo schematyczne, skoro zamiary autora są jednak łatwe do odgadnięcia. Wątek spirytystyczny wprowadzony przez autora zapewne po to, by podkreśli klimat mroku i tajemnicy, wkomponowany jest w całą historię w gruncie rzeczy niepotrzebnie, bo ani nie ma związku z zagadką/ ani nie rozwija akcji, ani nie podkreśla klimatu. Zbędny dodatek.

Wątpię, by „Sekret Wesaliusza” stał się fenomenem na skalę „Cienia wiatru” i by sam Llobregat stał się za sprawą swojego debiutu odkryciem na miarę Zafóna, jak się mu wieszczy. Powieści Zafóna stanowiły jednak pewien powiew świeżości, powieść Llobbregata jest wobec nich wtórna. Owszem, czyta się nie bez przyjemności,  zwłaszcza jak ma się tę umiejętność przymykania oka na niedociągnięcia.

PS Robi się krzywdę autorom, próbując budować ich popularność na nazwisku znanego już kolegi po fachu. W ten sposób ustawia się też konkretne oczekiwania czytelników, często zbyt wygórowane. Ryzyko rozczarowania w takich sytuacjach zwykle rośnie. 
Bookowska

Dla porównania 
AnnRK z Myśli i słowa wiatrem niesione o książce (tutaj) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz