wtorek, 28 czerwca 2016

„Mężczyzna na dnie” - Iva Procházková



Iva Procházková


Mężczyzna na dnie


Tłumaczenie: Julia Różewicz


Wydawnictwo Afera, 2016


Stron: 416




Zapisane w gwiazdach


Dla niecierpliwych

W nieczynnym kamieniołomie na dnie jeziora znaleziono ciało policjanta, który za życia okazał się być strasznym bydlakiem, dlatego grono osób życzących jak najgorzej ofierze jest odpowiednio duże. A mordercy i motywów zbrodni poszukiwać będzie trzyosobowy zespół praskich śledczych: podinspektor Marián Holina (amator rogalików), wyrywny żółtodziób - aspirant Diviš, i wulkan energii – kapitan Šotolová. Przed śledczymi trudne zadanie odkrycia wszystkich powiązań między kolejnymi podejrzanymi a ofiarą. Autorka nie oszczędza swoich bohaterów, rysując przed nimi coraz bardziej skomplikowaną sieć wzajemnych związków. I choć podinspektor Holina korzysta z dość oryginalnych metod śledczych – ufając przede wszystkim swojej intuicji i astrologii, to jednak główną rolę w rozwiązaniu zagadki odgrywa znajomość psychologii. Autorka dba o wiarygodność psychologiczną swoich bohaterów. „Mężczyzna na dnie” to dobrze napisany kryminał. Bez żadnych fajerwerków (w stylu akcji pędzącej na złamanie karku, hektolitrów przelanej krwi itp.) Nie sposób  nie polubić czeskich policjantów i nie dać się wciągnąć w intrygę. Ja przepadłam na dwa długie wieczory – naprawdę trudno było się oderwać. Lekkim rozczarowaniem jest dla mnie samo zakończenie. Dlaczego? Bo przewidziałam, a to znaczy, że nie było efektu zaskoczenie. Natomiast sam początek historii – wbija w fotel. 


sobota, 11 czerwca 2016

„Biała Rika” – Magdalena Parys



Magdalena Parys


Biała Rika


Wydawnictwo Znak Literanova


2016


stron: 304



Migawki z przeszłości


Wyszła Magdalenie Parys ta powieść, której miało ponoć nie być, wybornie. To zupełnie inna proza niż świetnie przyjęte przez czytelników powieści sensacyjne: „Tunel” czy „Magik”. Myślę jednak, że Magdalena Parys w tej zupełnie nowej odsłonie tylko poszerzy swoje grono wiernych czytelników. Mnie przekonała wcześniejszymi powieściami, a „Biała Rika” przypieczętowała tę udaną czytelniczą znajomość.

Przeczytałam prolog i poczułam, że trudno będzie się od tej książki oderwać. Przeczucie mnie nie zawiodło. Razem z bohaterką i narratorką jednocześnie jak najszybciej chciałam odtworzyć drzewo genealogiczne jej rodziny, poznać skrywane do tej pory sekrety, odgrzebać przeszłość, odkryć powikłaną rodzinną historię. Choć z drugiej strony – chciałam się niespiesznie sycić tą opowieścią.

A zaczyna się od roku 1945 i obozu dla uchodźców, w którym swoje pierwsze dziecko przyjdzie w zupełnej ciszy urodzić młodej kobiecie – nie może krzyczeć, nie może mówić, by nie zdradzić się ze swoją niemieckością. Nie wśród byłych więźniów obozów koncentracyjnych, wśród ludzi wracających do Polski z robót przymusowych. A ona, Niemka, między nimi, w drodze do Polski, za swym ukochanym Karolem. Po wielu latach tajemnice przyszywanej babci, jej siostry bliźniaczki i dziadka Karola będzie próbowała odkryć dorastająca dziewczynka – Dagmara.  A będzie to historia i bolesna, i smutna.



Ponoć fabuła „Białej Riki” oparta jest na prawdziwych wydarzeniach wziętych z życia przyszywanej części rodziny autorki. Parys układa tę historię ze strzępków pamięci swojej i swoich bliskich, wciąż na nowo próbując narysować drzewo genealogiczne swojej rodziny, oddać skomplikowane relacje między bohaterami. Na powieść składają się krótkie rozdziały – krótkie migawki przedstawiające wyrywki z życia rodziny, co przypomina trudny czasami proces wydobywania czegoś z odległych zakamarków pamięci, a autorka wydobywa z (nie)pamięci nie tylko fakty, postacie czy miejsca, ale  zapachy, barwy, a przede wszystkim emocje. Bo ponoć tylko emocje są tutaj prawdziwe. I broszka babci Riki – tak twierdzi autorka. E tam – i tutaj pewnie zmyśla, puszczając do czytelników oko. Kiedy bowiem prześledzić uważnie historię autorki i historię bohaterki powieści, nie sposób nie zauważyć wielu punktów stycznych, w których Magdalena Parys to powieściowa Dagmara, lub odwrotnie.

Można zatem zadawać sobie w czasie lektury pytanie o to, gdzie tutaj leży granica między prawdą a wymyśleniem? Sama autorka przyznaje, że zwykle wychodzi od prawdziwego zdarzenia, ale potem daje się ponieść fantazji, stroi tę prawdę w szaty utkane z wyobraźni. Możemy doszukiwać się podobieństw między samą autorką a bohaterką powieści – wspólnoty doświadczeń, miejsc, historii – nie da się tego nie zauważyć. Ale pytanie o granicę między prawdą i fikcją jest tutaj bezzasadne. Bo czy sama autorka na pewno wie, czy to, co zdaje się pamiętać z przeszłości, na pewno się wydarzyło, czy jest tylko jej wymysłem, wyobrażeniem, jedną z wielu wersji wydarzeń? Dowody różnego pamiętania przeszłości w książce odnajdziemy wielokrotnie, choćby w krótkich sporach między członkami rodziny, którzy często zupełnie inaczej zapamiętywali przeszłość.

Spod pióra Magdaleny Parys wyszła tym razem powieść o miłości, nienawiści, grzechu, o byciu obcym w miejscu, w którym się żyje, o trudnych relacjach polsko-niemieckich, na których swoje piętno odcisnęły doświadczenia II wojny, ale przede o pamięci i niepamięci, o tym, jak różnie zapamiętujemy przeszłości.

Próbuję sobie dziś odpowiedzieć na pytanie, co z tej książki pozostanie ze mną za kilka miesięcy, kiedy zapewne doświadczenie lektury tej powieści niczym palimpsest pokryte zostanie kolejnymi książkowymi przeżyciami i doświadczeniami. I mam takie nieodparte wrażenie, że nie tyle sama rodzinna historia ile forma tej powieści zachowają się w mojej pamięci dłużej. Konstrukcja tej powieści była dla mnie tyleż zaskakująca co interesująca. Czytając, ma się bowiem wrażenie, że to reporterskie dochodzenie, które prowadzi narratorka, dzieje się tu i teraz, w czasie kiedy czytelnik oddaje się lekturze. Niejako uczestniczymy w tym procesie poznawania historii rodzinnej razem z bohaterką (i razem z nią błądzimy). Dzieje się to wszystko na naszych oczach. Ma się wręcz wrażenie, że książka pisze się tu i teraz, a my mamy do czynienia z jej nieostateczną, niewygładzoną jeszcze formą, w której autorka spiera się z redaktorką o to, co gdzie umieścić, jak napisać, w której członkowie rodziny kłócą się ze sobą o to, jaka jest prawdziwa wersja dyskutowanych wydarzeń. Pomysł na taką konstrukcję powieści był świetny.

Myli się ten, kto widzi w „Białej Rice” li tylko książkę, w której autorka mierzy się z trudną i bolesną historią rodziny. Wierzcie mi – nie brakuje tutaj humoru! I o ile przyjdzie czytelnikowi stawiać wraz z narratorką czoła faktom dramatycznym i wspomnieniom przygnębiającym, to przyjdzie się też po prostu doskonale bawić tą historią. W moim odczuciu konstrukcja powieści i właśnie poczucie humoru (często wynikające z tej formy właśnie) czynią z „Białej Riki” książkę wartą uwagi. Nie mogłam się oderwać.


Bookowska