sobota, 11 czerwca 2016

„Biała Rika” – Magdalena Parys



Magdalena Parys


Biała Rika


Wydawnictwo Znak Literanova


2016


stron: 304



Migawki z przeszłości


Wyszła Magdalenie Parys ta powieść, której miało ponoć nie być, wybornie. To zupełnie inna proza niż świetnie przyjęte przez czytelników powieści sensacyjne: „Tunel” czy „Magik”. Myślę jednak, że Magdalena Parys w tej zupełnie nowej odsłonie tylko poszerzy swoje grono wiernych czytelników. Mnie przekonała wcześniejszymi powieściami, a „Biała Rika” przypieczętowała tę udaną czytelniczą znajomość.

Przeczytałam prolog i poczułam, że trudno będzie się od tej książki oderwać. Przeczucie mnie nie zawiodło. Razem z bohaterką i narratorką jednocześnie jak najszybciej chciałam odtworzyć drzewo genealogiczne jej rodziny, poznać skrywane do tej pory sekrety, odgrzebać przeszłość, odkryć powikłaną rodzinną historię. Choć z drugiej strony – chciałam się niespiesznie sycić tą opowieścią.

A zaczyna się od roku 1945 i obozu dla uchodźców, w którym swoje pierwsze dziecko przyjdzie w zupełnej ciszy urodzić młodej kobiecie – nie może krzyczeć, nie może mówić, by nie zdradzić się ze swoją niemieckością. Nie wśród byłych więźniów obozów koncentracyjnych, wśród ludzi wracających do Polski z robót przymusowych. A ona, Niemka, między nimi, w drodze do Polski, za swym ukochanym Karolem. Po wielu latach tajemnice przyszywanej babci, jej siostry bliźniaczki i dziadka Karola będzie próbowała odkryć dorastająca dziewczynka – Dagmara.  A będzie to historia i bolesna, i smutna.



Ponoć fabuła „Białej Riki” oparta jest na prawdziwych wydarzeniach wziętych z życia przyszywanej części rodziny autorki. Parys układa tę historię ze strzępków pamięci swojej i swoich bliskich, wciąż na nowo próbując narysować drzewo genealogiczne swojej rodziny, oddać skomplikowane relacje między bohaterami. Na powieść składają się krótkie rozdziały – krótkie migawki przedstawiające wyrywki z życia rodziny, co przypomina trudny czasami proces wydobywania czegoś z odległych zakamarków pamięci, a autorka wydobywa z (nie)pamięci nie tylko fakty, postacie czy miejsca, ale  zapachy, barwy, a przede wszystkim emocje. Bo ponoć tylko emocje są tutaj prawdziwe. I broszka babci Riki – tak twierdzi autorka. E tam – i tutaj pewnie zmyśla, puszczając do czytelników oko. Kiedy bowiem prześledzić uważnie historię autorki i historię bohaterki powieści, nie sposób nie zauważyć wielu punktów stycznych, w których Magdalena Parys to powieściowa Dagmara, lub odwrotnie.

Można zatem zadawać sobie w czasie lektury pytanie o to, gdzie tutaj leży granica między prawdą a wymyśleniem? Sama autorka przyznaje, że zwykle wychodzi od prawdziwego zdarzenia, ale potem daje się ponieść fantazji, stroi tę prawdę w szaty utkane z wyobraźni. Możemy doszukiwać się podobieństw między samą autorką a bohaterką powieści – wspólnoty doświadczeń, miejsc, historii – nie da się tego nie zauważyć. Ale pytanie o granicę między prawdą i fikcją jest tutaj bezzasadne. Bo czy sama autorka na pewno wie, czy to, co zdaje się pamiętać z przeszłości, na pewno się wydarzyło, czy jest tylko jej wymysłem, wyobrażeniem, jedną z wielu wersji wydarzeń? Dowody różnego pamiętania przeszłości w książce odnajdziemy wielokrotnie, choćby w krótkich sporach między członkami rodziny, którzy często zupełnie inaczej zapamiętywali przeszłość.

Spod pióra Magdaleny Parys wyszła tym razem powieść o miłości, nienawiści, grzechu, o byciu obcym w miejscu, w którym się żyje, o trudnych relacjach polsko-niemieckich, na których swoje piętno odcisnęły doświadczenia II wojny, ale przede o pamięci i niepamięci, o tym, jak różnie zapamiętujemy przeszłości.

Próbuję sobie dziś odpowiedzieć na pytanie, co z tej książki pozostanie ze mną za kilka miesięcy, kiedy zapewne doświadczenie lektury tej powieści niczym palimpsest pokryte zostanie kolejnymi książkowymi przeżyciami i doświadczeniami. I mam takie nieodparte wrażenie, że nie tyle sama rodzinna historia ile forma tej powieści zachowają się w mojej pamięci dłużej. Konstrukcja tej powieści była dla mnie tyleż zaskakująca co interesująca. Czytając, ma się bowiem wrażenie, że to reporterskie dochodzenie, które prowadzi narratorka, dzieje się tu i teraz, w czasie kiedy czytelnik oddaje się lekturze. Niejako uczestniczymy w tym procesie poznawania historii rodzinnej razem z bohaterką (i razem z nią błądzimy). Dzieje się to wszystko na naszych oczach. Ma się wręcz wrażenie, że książka pisze się tu i teraz, a my mamy do czynienia z jej nieostateczną, niewygładzoną jeszcze formą, w której autorka spiera się z redaktorką o to, co gdzie umieścić, jak napisać, w której członkowie rodziny kłócą się ze sobą o to, jaka jest prawdziwa wersja dyskutowanych wydarzeń. Pomysł na taką konstrukcję powieści był świetny.

Myli się ten, kto widzi w „Białej Rice” li tylko książkę, w której autorka mierzy się z trudną i bolesną historią rodziny. Wierzcie mi – nie brakuje tutaj humoru! I o ile przyjdzie czytelnikowi stawiać wraz z narratorką czoła faktom dramatycznym i wspomnieniom przygnębiającym, to przyjdzie się też po prostu doskonale bawić tą historią. W moim odczuciu konstrukcja powieści i właśnie poczucie humoru (często wynikające z tej formy właśnie) czynią z „Białej Riki” książkę wartą uwagi. Nie mogłam się oderwać.


Bookowska


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz